Gość (37.30.*.*)
Dyskusje o sądownictwie, suwerenności i wpływach politycznych potrafią rozgrzać do czerwoności. Często pojawiają się w nich argumenty o „upolitycznieniu” instytucji międzynarodowych, takich jak Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz), oraz porównania do systemów prawnych innych państw, na przykład Niemiec. Aby merytorycznie odpowiedzieć na tak postawione tezy, warto rozłożyć je na czynniki pierwsze, prostując błędy faktograficzne i wskazując na istotne niuanse prawne.
Pierwszym krokiem w rozmowie powinno być wyjaśnienie fundamentalnego nieporozumienia: Europejski Trybunał Praw Człowieka nie ma nic wspólnego z Unią Europejską ani z „Brukselą”. ETPCz jest organem Rady Europy, czyli zupełnie innej organizacji międzynarodowej z siedzibą w Strasburgu, a nie w Brukseli.
W skład Rady Europy wchodzi obecnie 46 państw (w tym Polska), a jej głównym zadaniem jest ochrona praw człowieka na podstawie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Twierdzenie, że „elity brukselskie” blokują tam wybór sędziów, jest błędem merytorycznym. Sędziów wybiera Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy (ZPRE), w którym zasiadają delegaci parlamentów narodowych wszystkich państw członkowskich – a więc również polscy posłowie i senatorowie z różnych opcji politycznych.
Argument o tym, że sędziów „powołują państwa”, jest tylko częściowo prawdziwy i pomija procedury bezpiecznictwa. Każde państwo przedstawia listę trzech kandydatów, ale muszą oni spełniać wyśrubowane kryteria kompetencyjne i etyczne. Kandydaci są przesłuchiwani przez specjalną komisję doradczą, która ocenia ich kwalifikacje.
Jeśli lista jest słaba merytorycznie lub procedura krajowa budziła wątpliwości (np. brak transparentności), Zgromadzenie Parlamentarne może taką listę odrzucić i nakazać państwu jej poprawienie. To nie jest „blokowanie przez elity”, lecz mechanizm kontroli jakości, który ma zapewnić, że w Trybunale zasiądą najwyższej klasy eksperci, a nie przypadkowi nominaci polityczni.
To jeden z najczęstszych punktów spornych. W Niemczech sędziowie Federalnego Trybunału Konstytucyjnego (BVerfG) są wybierani bezpośrednio przez Bundestag i Bundesrat, czyli organy stricte polityczne. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać identyczne z sytuacją, którą krytykuje się w Polsce. Diabeł tkwi jednak w szczegółach proceduralnych:
Kolejnym argumentem jest delegowanie byłych polityków do sądów. Warto zauważyć, że prawo międzynarodowe nie zakazuje byłym politykom zostawania sędziami, o ile posiadają oni odpowiednie kwalifikacje prawnicze. Kluczowa jest jednak kwestia „niezawisłości” i „bezstronności”.
W przypadku ETPCz czy niemieckiego TK, od kandydatów wymaga się wykazania, że ich dotychczasowa działalność nie wpłynie na obiektywizm orzekania. Jeśli ktoś przechodzi bezpośrednio z ław poselskich do Trybunału i od razu orzeka w sprawach kluczowych dla swojej partii, budzi to wątpliwości co do standardów demokratycznych. W Niemczech czy w procedurach strasburskich kładzie się ogromny nacisk na to, by sędzia nie tylko był bezstronny, ale by również wyglądał na bezstronnego (tzw. doktryna pozorów).
Polska była jednym z pierwszych krajów bloku wschodniego, który przystąpił do Rady Europy (w 1991 roku). Dzięki temu Polacy zyskali prawo do składania skarg do ETPCz, co wielokrotnie pomagało obywatelom w sporach z państwem, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna była akurat u władzy. Trybunał w Strasburgu jest więc swoistym „bezpiecznikiem” dla zwykłego człowieka.
Odpowiadając osobie o takich poglądach, warto podkreślić, że porównywanie systemów prawnych „jeden do jednego” bez analizy ich wewnętrznych mechanizmów (takich jak wspomniana większość 2/3 w Niemczech) prowadzi do błędnych wniosków.
Można zaproponować następujące argumenty:
Merytoryczna dyskusja wymaga wyjścia poza nagłówki i przyjrzenia się temu, jak dane instytucje działają w praktyce. Tylko wtedy możemy ocenić, czy dany system służy sprawiedliwości, czy jedynie bieżącej polityce.