Gość (83.4.*.*)
Choć gimnazja zniknęły z polskiego systemu edukacji w 2017 roku, ich legenda wciąż żyje w rozmowach rodziców, nauczycieli i samych absolwentów. Przez blisko dwie dekady te placówki dorobiły się miana „wylęgarni patologii” i miejsc, w których kumulowało się wszystko, co najgorsze w okresie dorastania. Skąd jednak wzięła się tak fatalna opinia o szkołach, które w założeniu miały wyrównywać szanse edukacyjne i podnosić poziom nauczania? Odpowiedź jest złożona i łączy w sobie psychologię, błędy systemowe oraz siłę przekazu medialnego.
Najważniejszym czynnikiem, który zaważył na reputacji gimnazjów, była sama grupa wiekowa uczniów. Do gimnazjów trafiały dzieci w wieku 13–16 lat, czyli w samym szczycie okresu dojrzewania. To czas, w którym w organizmach młodych ludzi szaleje burza hormonalna, kształtuje się tożsamość, a autorytet dorosłych (rodziców i nauczycieli) naturalnie słabnie na rzecz akceptacji w grupie rówieśniczej.
Zamknięcie w jednym budynku kilkuset osób przechodzących przez najbardziej buntowniczy etap życia stworzyło specyficzny mikroklimat. W podstawówkach maluchy patrzą na starszych z respektem, a starsi czują pewną odpowiedzialność za młodszych. W liceach młodzież jest już nieco bardziej dojrzała i skupiona na przyszłości. Gimnazjum było „wyspą”, na której buzujące emocje nie miały żadnego naturalnego hamulca w postaci młodszych lub starszych roczników.
Struktura gimnazjum zakładała trzyletni cykl nauki, co z perspektywy wychowawczej okazało się strzałem w kolano. Pierwszy rok schodził uczniom na aklimatyzacji, badaniu granic i walce o pozycję w nowej grupie. Drugi rok był czasem relatywnego spokoju, ale i największych wybryków, bo uczniowie czuli się już pewnie. Trzeci rok upływał pod znakiem egzaminów i przygotowań do zmiany szkoły.
Nauczyciele często nie mieli czasu, by naprawdę poznać swoich wychowanków i zbudować z nimi głęboką więź. Zanim pedagog zdążył zdiagnozować problemy w danej klasie i zacząć nad nimi pracować, uczniowie kończyli szkołę. Ta rotacja sprzyjała poczuciu anonimowości, a anonimowość – jak wiadomo – często rozzuchwala i sprzyja agresji czy zachowaniom ryzykownym.
Reforma z 1999 roku sprawiła, że dzieci, które znały się od przedszkola, nagle były rozdzielane i rzucane do nowych, większych środowisk. Dla wielu nastolatków była to okazja do „zresetowania” swojego wizerunku, co często objawiało się przyjmowaniem postaw agresywnych, by zyskać szacunek rówieśników.
W gimnazjach częściej niż w innych typach szkół dochodziło do zjawiska tzw. fali lub nękania słabszych. Nowe środowisko wymuszało szybką hierarchizację, a w wieku 14 lat najprostszym sposobem na zdobycie władzy w grupie bywa niestety siła fizyczna lub psychiczna dominacja.
Nie można zapominać o tym, jak gimnazja były przedstawiane w mediach. Każdy incydent – od bójki na przerwie po nagranie ośmieszające nauczyciela – stawał się tematem numer jeden w serwisach informacyjnych. Powstał swego rodzaju stereotyp „gimnazjalisty” jako osoby wulgarnej, agresywnej i pozbawionej wartości.
Ciekawostką jest fakt, że statystyki policyjne nie zawsze potwierdzały, by w gimnazjach dochodziło do drastycznie większej liczby przestępstw niż w innych placówkach. Jednak łatka „szkoły przetrwania” przylgnęła do nich tak mocno, że każda negatywna informacja tylko utwierdzała społeczeństwo w przekonaniu, że reforma była błędem.
Mimo fatalnej reputacji, z perspektywy edukacyjnej gimnazja miały swoje sukcesy. Polska w rankingach PISA (międzynarodowe badanie umiejętności uczniów) przez lata pięła się w górę, osiągając wyniki powyżej średniej krajów OECD. System ten wymuszał na uczniach wcześniejszą naukę do ważnych egzaminów, co dla wielu było motywacją do pracy.
Podsumowując, zła reputacja gimnazjów wynikała z niefortunnego połączenia kilku czynników:
Choć gimnazja to już przeszłość, dyskusja o nich pokazuje, jak trudnym wyzwaniem jest zaprojektowanie systemu edukacji, który poradzi sobie nie tylko z przekazywaniem wiedzy, ale przede wszystkim z wychowaniem młodych ludzi w ich najtrudniejszym okresie życia.