Gość (83.4.*.*)
Oglądając popołudniowe pasma w najpopularniejszych stacjach telewizyjnych, trudno nie odnieść wrażenia, że bohaterowie prezentowanych tam historii funkcjonują w stanie permanentnego wzburzenia. Wybuchy agresji, głośne płacze, niespodziewane awantury o błahe sprawy i – co najważniejsze – niemal całkowity brak logicznego myślenia to znaki rozpoznawcze polskich paradokumentów. Choć z perspektywy widza zachowanie to wydaje się absurdalne, stoi za nim konkretna mechanika produkcji telewizyjnej oraz specyfika pracy z amatorami.
Kora przedczołowa to część mózgu odpowiedzialna za planowanie, hamowanie impulsów, ocenę konsekwencji i logiczne myślenie. W świecie paradokumentów ta struktura zdaje się rzeczywiście „wyłączona”. Z punktu widzenia dramaturgii jest to zabieg celowy. Gdyby bohaterowie zachowywali się racjonalnie, większość konfliktów zostałaby rozwiązana w trzeciej minucie odcinka poprzez spokojną rozmowę.
Scenarzyści celowo konstruują sytuacje tak, aby postacie kierowały się wyłącznie emocjami (za co odpowiada układ limbiczny, a konkretnie ciało migdałowate). Dzięki temu widz otrzymuje natychmiastową dawkę adrenaliny. W telewizji komercyjnej liczy się „atencja” – krzyki i gwałtowne gesty przyciągają wzrok widza, który właśnie przełącza kanały, i zmuszają go do zatrzymania się, by sprawdzić, o co właściwie toczy się spór.
Głównym powodem wszechobecnego wrzasku jest brak warsztatu aktorskiego połączony z presją czasu. Profesjonalny aktor potrafi zagrać gniew za pomocą spojrzenia, tembru głosu lub mikroekspresji. Amator, postawiony przed kamerą, często dysponuje tylko jednym narzędziem ekspresji, które wydaje mu się przekonujące: podniesionym głosem.
Telewizje koncesyjne działają w oparciu o słupki oglądalności. Z badań wynika, że silne, negatywne emocje budzą największe zaangażowanie. Awantura o „ukradziony słoik dżemu” czy „niewierność odkrytą przez przypadek” musi być głośna, by przebić się przez szum informacyjny.
Warto też zwrócić uwagę na zjawisko tzw. hate-watchingu. Wielu widzów ogląda paradokumenty właśnie dlatego, że zachowania bohaterów są irracjonalne i przerysowane. Daje to odbiorcy poczucie wyższości intelektualnej i emocjonalnej – patrzymy na ekran i myślimy: „ja bym się tak nigdy nie zachował”. To specyficzna forma rozrywki, która karmi się właśnie tym brakiem „funkcjonującej kory przedczołowej” u postaci na ekranie.
Czy wiesz, że im częściej oglądamy tego typu produkcje, tym bardziej przyzwyczajamy się do tego specyficznego stylu gry? Psychologia nazywa to efektem czystej ekspozycji. Po pewnym czasie wrzaski w telewizji przestają nas razić, a zaczynają być traktowane jako naturalny element „estetyki” danego kanału.
Mało prawdopodobne. Format paradokumentu opiera się na niskich kosztach produkcji i wysokich emocjach. Dopóki model biznesowy oparty na szybkim tempie pracy i angażowaniu naturszczyków będzie przynosił zyski, dopóty kora przedczołowa bohaterów pozostanie w głębokim uśpieniu. To, co widzimy na ekranie, nie jest odzwierciedleniem rzeczywistych możliwości intelektualnych aktorów-amatorów, lecz specyficznym produktem telewizyjnym, zaprojektowanym tak, by wywoływać skrajne reakcje u widza.