Gość (83.4.*.*)
W świecie prawa pojęcie reputacji nie dotyczy tylko ludzi z krwi i kości. Okazuje się, że miasta, gminy czy inne jednostki samorządu terytorialnego również posiadają coś, co nazywamy dobrami osobistymi. Najważniejszym z nich jest dobre imię, czyli renoma i pozytywny wizerunek w oczach obywateli oraz turystów. Stwierdzenie, że prawo chroni reputację rzeczywistego miasta przed celowym atakiem, a nie przed subiektywnymi skojarzeniami, to kluczowa zasada, która pozwala zachować równowagę między ochroną wizerunku a wolnością słowa i twórczości artystycznej.
Zgodnie z polskim Kodeksem cywilnym (art. 23 i 24 w powiązaniu z art. 43), osoby prawne – a takimi są miasta – korzystają z ochrony dóbr osobistych. Oznacza to, że jeśli ktoś bezprawnie uderza w dobre imię Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, władze tych miast mogą wystąpić na drogę sądową.
Ochrona ta nie jest jednak nieograniczona. Prawo musi brać pod uwagę, że miasto to przestrzeń publiczna, która podlega krytyce, debacie, a także staje się tłem dla fikcji literackiej czy filmowej. Tutaj właśnie pojawia się rozróżnienie na celowy atak i subiektywne odczucia odbiorcy.
Celowy atak to sytuacja, w której ktoś świadomie rozpowszechnia nieprawdziwe informacje (fake newsy) lub formułuje skrajnie niesprawiedliwe oceny, które mają na celu wyrządzenie konkretnej szkody wizerunkowej.
Przykładem celowego ataku może być:
W takich przypadkach prawo reaguje surowo, ponieważ mamy do czynienia z naruszeniem obiektywnej prawdy i działaniem w złej wierze. Miasto może wtedy żądać sprostowania, przeprosin, a nawet odszkodowania.
Zupełnie inaczej wygląda kwestia subiektywnych skojarzeń. Wyobraźmy sobie autora kryminałów, który osadza akcję swojej powieści w mrocznej, brudnej i pełnej występku Warszawie. Czytelnik po lekturze może pomyśleć: „To miasto jest niebezpieczne”. Czy Warszawa może pozwać autora? Zazwyczaj nie.
Prawo uznaje, że każdy czytelnik czy widz ma prawo do własnej interpretacji dzieła. Subiektywne odczucia są wynikiem wrażliwości danej osoby, jej doświadczeń i wyobraźni. Autor książki nie odpowiada za to, co „uroi się” w głowie odbiorcy, o ile wyraźnie zaznacza, że tworzy fikcję lub korzysta z prawa do artystycznej wizji.
Gdyby prawo chroniło miasta przed subiektywnymi skojarzeniami, literatura noir, mroczne thrillery czy satyry polityczne przestałyby istnieć. Twórcy baliby się wymieniać nazwy realnych miejscowości, by nie zostać posądzonym o „psucie klimatu”.
Niektóre miasta potrafią przekuć „złą sławę” z literatury w atut turystyczny. Przykładem jest szwedzkie Ystad, które dzięki mrocznym kryminałom o komisarzu Wallanderze przyciąga tysiące fanów rocznie, mimo że książki opisują miasto jako miejsce brutalnych zbrodni.
Kluczem do zrozumienia tej zasady jest tzw. wzorzec przeciętnego odbiorcy. Sąd, rozpatrując sprawę o naruszenie dóbr osobistych miasta, nie pyta o zdanie jednej, nadwrażliwej osoby. Zastanawia się, jak dany przekaz zrozumie rozsądny, przeciętny człowiek.
Jeśli autor pisze: „W tym mieście urzędnicy to złodzieje” w artykule prasowym, podając konkretne nazwiska bez dowodów – jest to atak. Jeśli jednak w powieści fantasy smok pali ratusz w Poznaniu, a skorumpowany burmistrz ucieka ze złotem, przeciętny czytelnik wie, że to fikcja. Skojarzenie, że „w Poznaniu pewnie też kradną”, jest jedynie prywatną, subiektywną opinią czytelnika, za którą autor nie ponosi odpowiedzialności.
Gdyby miasta mogły pozywać za każde negatywne skojarzenie, doszłoby do paraliżu debaty publicznej i wolności twórczej.
Podsumowując, prawo chroni miasto przed „brudną grą” i kłamstwem, ale daje nam pełną wolność w tym, jak odbieramy otaczającą nas rzeczywistość i jak o niej opowiadamy w ramach fikcji literackiej. Twoje negatywne skojarzenie z danym miejscem jest Twoją prywatną sprawą, a nie powodem do procesu sądowego.