Gość (188.146.*.*)
Przekonanie, że wykorzystujemy jedynie niewielki ułamek możliwości naszego mózgu, to jeden z najtrwalszych mitów w historii nauki i popkultury. Choć filmy takie jak „Lucy” czy „Jestem Bogiem” budują fascynujące historie wokół odblokowywania „uśpionych” obszarów szarych komórek, rzeczywistość biologiczna jest zupełnie inna. Prawda jest taka, że natura nigdy nie pozwoliłaby nam na posiadanie tak energochłonnego organu, gdyby większość jego zasobów leżała odłogiem.
Trudno wskazać jedno źródło tego nieporozumienia, ale naukowcy podejrzewają, że mogło ono wyniknąć z błędnej interpretacji badań neurologicznych z przełomu XIX i XX wieku. Wczesne techniki badawcze pozwalały dostrzec aktywność tylko w niektórych częściach mózgu w danym momencie. Dodatkowo, psycholog William James pisał niegdyś, że ludzie wykorzystują tylko niewielką część swojego potencjału intelektualnego – miał jednak na myśli rozwój osobisty i mentalny, a nie fizyczną aktywność neuronów.
W rzeczywistości, dzięki nowoczesnym technikom obrazowania, takim jak fMRI (funkcjonalny rezonans magnetyczny) czy PET (pozytonowa tomografia emisyjna), wiemy już na pewno: używamy niemal 100% naszego mózgu. Nawet podczas snu lub wykonywania najprostszych czynności, niemal każda jego część wykazuje pewien poziom aktywności.
Z punktu widzenia biologii i ewolucji, posiadanie „nieużywanego” w 90% mózgu byłoby katastrofalnym błędem. Mózg dorosłego człowieka stanowi zaledwie około 2% masy całego ciała, ale pochłania aż 20% dziennego zapotrzebowania na energię (glukozę i tlen). Gdybyśmy faktycznie nie korzystali z większości tego organu, osobniki z mniejszymi, bardziej wydajnymi mózgami miałyby ogromną przewagę ewolucyjną – potrzebowałyby mniej pożywienia, by przetrwać.
Natura działa niezwykle pragmatycznie. Jeśli jakaś część ciała nie jest używana, z czasem zanika lub ulega atrofii. Gdyby 90% neuronów było zbędnych, każda drobna kontuzja głowy przechodziłaby bez echa, bo „statystycznie” trafiałaby w obszar nieaktywny. Tymczasem wiemy, że uszkodzenie nawet maleńkiego fragmentu mózgu niemal zawsze prowadzi do konkretnych deficytów – utraty mowy, paraliżu czy zaburzeń pamięci.
To, że używamy całego mózgu, nie oznacza, że wszystkie neurony „strzelają” jednocześnie z maksymalną siłą. Gdyby tak się stało, doświadczylibyśmy czegoś w rodzaju gigantycznego napadu padaczkowego. Mózg działa raczej jak orkiestra – nie każdy instrument gra w każdej sekundzie utworu, ale każdy jest niezbędny, by symfonia brzmiała kompletnie.
Poszczególne obszary mózgu są wyspecjalizowane:
W danej chwili aktywujemy te obwody, które są nam potrzebne do wykonania konkretnego zadania, podczas gdy reszta pozostaje w stanie „gotowości” lub wykonuje procesy podtrzymujące życie, o których nawet nie myślimy (jak regulacja bicia serca czy oddychania).
Skoro używamy całego mózgu, to czy oznacza to, że nie możemy być mądrzejsi? Nic bardziej mylnego! Nasz potencjał nie wynika z odblokowywania „pustych” obszarów, ale z budowania nowych połączeń między neuronami, czyli tzw. synaps. Zjawisko to nazywamy neuroplastycznością.
Uczenie się gry na instrumencie, nowego języka czy rozwiązywanie skomplikowanych problemów matematycznych nie sprawia, że „włączamy” nieaktywne wcześniej części mózgu. Zamiast tego, zmuszamy istniejące neurony do tworzenia gęstszej sieci powiązań. To właśnie ta sieć decyduje o naszej inteligencji i umiejętnościach.
Czy wiesz, że gdybyś chciał zbudować superkomputer o mocy obliczeniowej zbliżonej do ludzkiego mózgu, potrzebowałbyś elektrowni do jego zasilania? Tymczasem Twój mózg pracuje na mocy około 20 watów – to tyle, co słaba żarówka energooszczędna. To niesamowite, jak wydajna jest natura w optymalizacji procesów myślowych.
Skoro wiemy już, że mamy do dyspozycji pełną moc obliczeniową, warto zadbać o to, by nasz biologiczny procesor działał jak najlepiej. Oto kilka faktów, które pomagają utrzymać mózg w formie:
Podsumowując, natura nie dała nam „zablokowanego” superkomputera. Dała nam narzędzie, które jest w pełni aktywne od urodzenia, ale którego wydajność zależy od tego, jak je trenujemy i jak o nie dbamy. Nie szukajmy więc brakujących 90% – zacznijmy po prostu lepiej wykorzystywać te 100%, które już mamy.