Gość (37.30.*.*)
Systemy wyborcze to fundament każdej demokracji, a ich konstrukcja ma bezpośredni wpływ na to, kto sprawuje władzę i jak bardzo rozdrobniony jest parlament. Propozycja systemu opartego na 360 posłach z okręgów, 50 z listy krajowej i 50 z JOW-ów to klasyczny przykład systemu mieszanego, który próbuje połączyć ogień z wodą: stabilność rządzenia z reprezentatywnością. Specjaliści od systemów politycznych (politolodzy i socjolodzy polityki) patrzą na takie rozwiązania przez pryzmat kilku kluczowych aspektów: proporcjonalności, stabilności oraz roli liderów partyjnych.
Najciekawszym elementem tej propozycji jest podział 360 mandatów w dużych okręgach (minimum 8 mandatów). Zasada, w której zwycięzca bierze jeden mandat „z automatu”, a reszta dzielona jest metodą zbliżoną do Sainte-Laguë (ale z pierwszym dzielnikiem 1,2 zamiast 1,4), to wyraźny ukłon w stronę największych ugrupowań, przy jednoczesnym zachowaniu szans dla średniaków.
W tradycyjnej metodzie D’Hondta (obecnie stosowanej w Polsce) premiowane są duże partie. Zastosowanie dzielników 1,2; 2; 3 itd. jest bardziej sprawiedliwe dla mniejszych komitetów niż system D’Hondta, ale mniej niż czysta metoda Sainte-Laguë. Jednak „bonus” w postaci jednego mandatu dla zwycięzcy w każdym okręgu to potężne narzędzie. Przy 41 okręgach (zakładając obecny podział), partia wygrywająca w skali kraju mogłaby liczyć na dodatkowy zastrzyk kilkudziesięciu mandatów tylko z tytułu zajęcia pierwszego miejsca. Specjaliści zauważają, że taki mechanizm ma zapobiegać nadmiernemu rozdrobnieniu i ułatwiać tworzenie stabilnej większości rządowej.
Wprowadzenie 50 posłów z listy krajowej oraz 50 z Jednomandatowych Okręgów Wyborczych (JOW) tworzy system hybrydowy.
Zasada, że jedna osoba może kandydować tylko z jednej listy (okręgowa, krajowa lub JOW), to prawdziwy „game changer”. Obecnie liderzy partii często startują z pierwszych miejsc w okręgach, będąc jednocześnie twarzami całej kampanii.
W proponowanym systemie partie musiałyby podejmować trudne decyzje strategiczne:
Specjaliści wskazują, że taki zakaz wymusiłby na partiach budowanie szerszych kadr. Nie można by już „ciągnąć” całej listy jednym nazwiskiem, bo to nazwisko mogłoby być tylko w jednym miejscu.
Obniżenie progu do 4% dla partii wydaje się ułatwieniem, ale wysokie progi dla koalicji (9% lub 12% w okręgu) to jasny sygnał: specjaliści projektujący takie rozwiązanie chcą wymusić konsolidację sceny politycznej.
Wysoki próg koalicyjny w okręgu (12%) jest bardzo restrykcyjny. Może to doprowadzić do sytuacji, w której partie zamiast tworzyć oficjalne koalicje, będą się po prostu wchłaniać lub startować z list jednego ugrupowania (jak to często dzieje się obecnie). Politolodzy podkreślają, że tak wysokie progi w okręgach mogą prowadzić do zmarnowania dużej liczby głosów, co obniża legitymację demokratyczną parlamentu.
W klasycznej metodzie Sainte-Laguë pierwszy dzielnik to 1. Jednak w 1951 roku w Norwegii i Szwecji zmodyfikowano go na 1,4, aby nieco utrudnić życie najmniejszym partiom i zapobiec zbytniemu rozdrobnieniu parlamentu. Propozycja dzielnika 1,2 to rozwiązanie pośrednie – bardziej „proporcjonalne” niż to szwedzkie, ale wciąż dające lekką przewagę średnim partiom nad tymi, które ledwo przekraczają próg.
Z punktu widzenia teorii systemów wyborczych, taka propozycja to próba stworzenia systemu „racjonalnego”, który:
Głównym ryzykiem, na które wskazują eksperci, jest skomplikowanie systemu dla przeciętnego wyborcy. Trzy różne sposoby głosowania (na listę w okręgu, na listę krajową i na kandydata w JOW) mogą prowadzić do dezorientacji i dużej liczby głosów nieważnych, jeśli karta do głosowania nie będzie zaprojektowana w sposób niezwykle przejrzysty. Ponadto, system ten silnie promuje największego gracza, co w specyficznych warunkach politycznych może prowadzić do uzyskania większości konstytucyjnej przez partię, która zdobyła np. tylko 35-40% głosów.