Gość (37.30.*.*)
Wspomnienia o polskich szkołach i przedszkolach z lat 90. XX wieku u wielu osób wywołują uśmiech, ale i gęsią skórkę. To był czas transformacji, nie tylko ustrojowej, ale i społecznej, która w murach placówek oświatowych objawiała się specyficzną mieszanką wolności i brutalności. Porównanie tamtego okresu do „dżungli”, a dzisiejszych realiów do „dobrze naoliwionej fabryki”, trafia w samo sedno zmian, jakie zaszły w polskim systemie edukacji na przestrzeni ostatnich trzech dekad.
W latach 90. polska szkoła była miejscem, gdzie państwo i system często „odpuszczały”. Po upadku PRL-u stare mechanizmy kontroli osłabły, a nowe jeszcze nie powstały. Efektem była ogromna przestrzeń dla dziecięcej i młodzieżowej samowolki. Przerwy obiadowe bez nadzoru, metalowe, zardzewiałe drabinki na placach zabaw, które dziś nie przeszłyby żadnego atestu, oraz wszechobecna hierarchia siły – to była codzienność.
W tamtej „dżungli” uczeń musiał wywalczyć sobie miejsce w grupie. Konflikty często rozwiązywano „za szkołą”, a nauczyciele rzadko interweniowali w relacje rówieśnicze, chyba że dochodziło do drastycznych incydentów. Panowało przekonanie, że dzieci muszą się „dotrzeć”, co w praktyce oznaczało przyzwolenie na drobny bullying czy wykluczenie słabszych jednostek. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że hartowało to charakter, ale dla wielu było źródłem traum, z którymi mierzą się do dziś.
Dzisiejsze przedszkola i szkoły to zupełnie inny świat. Miejsce instynktownej walki o pozycję zajęły procedury, regulaminy i standardy bezpieczeństwa. Każdy krok dziecka jest monitorowany, a każda sytuacja konfliktowa ma swój opisany w statucie protokół postępowania. Współczesna szkoła przypomina fabrykę nie w sensie masowej produkcji bezdusznych robotów, ale w kontekście precyzyjnego zaprogramowania każdego elementu dnia.
Mamy karty wejścia, monitoring, restrykcyjne normy dotyczące posiłków i certyfikowane place zabaw, na których trudno o zadrapanie, a co dopiero o złamanie ręki. Nauczyciel nie jest już tylko autorytetem (lub postrachem), ale przede wszystkim moderatorem i realizatorem programu, który musi dokumentować każdy aspekt swojej pracy. Rodzice z kolei stali się „klientami” i „kontrolerami” systemu, wymagającymi od szkoły nie tylko nauki, ale i pełnego bezpieczeństwa emocjonalnego dziecka.
Ewolucja z dżungli w fabrykę nie wzięła się znikąd. To efekt kilku kluczowych procesów, które zmieniły Polskę:
W latach 90. symbolem samodzielności był klucz do mieszkania zawieszony na sznurku na szyi dziecka. Siedmiolatek wracający sam do domu, odgrzewający sobie obiad i czekający do wieczora na rodziców, był normą. Dziś takie zachowanie mogłoby zostać uznane za zaniedbanie i zgłoszone do opieki społecznej. To pokazuje, jak bardzo przesunęła się granica tego, co uznajemy za „bezpieczne dzieciństwo”.
Odpowiedź na to pytanie nie jest czarno-biała. Z jednej strony, współczesna szkoła jest nieporównywalnie bezpieczniejsza. Dzieci rzadziej padają ofiarą fizycznej przemocy, a ich potrzeby emocjonalne są częściej dostrzegane. Eliminacja „prawa dżungli” to bez wątpienia cywilizacyjny skok naprzód – nikt nie powinien musieć „walczyć o przetrwanie” w miejscu, które ma służyć nauce.
Z drugiej strony, krytycy zauważają, że „fabryczny” model edukacji zabija spontaniczność i samodzielność. Dzieci, które poruszają się wyłącznie w granicach wyznaczonych procedurami, mogą mieć trudności z radzeniem sobie w nieprzewidywalnych sytuacjach w dorosłym życiu. Nadopiekuńczość systemu i rodziców bywa nazywana „chowem klatkowym”, który ogranicza rozwój odporności psychicznej (rezyliencji).
Współczesna szkoła stara się być sterylnym laboratorium, podczas gdy życie po jej opuszczeniu wciąż bywa dżunglą. Wyzwaniem dla dzisiejszej edukacji jest znalezienie złotego środka: zapewnienie bezpieczeństwa i procedur, które chronią, bez jednoczesnego odbierania dzieciom przestrzeni na naukę odpowiedzialności za własne błędy i samodzielne rozwiązywanie konfliktów.