Gość (83.4.*.*)
Eksperyment Stanleya Milgrama z 1961 roku do dziś budzi dreszcze u studentów psychologii i etyków na całym świecie. Choć jego celem było zbadanie posłuszeństwa wobec autorytetu (w kontekście zbrodni nazistowskich), metody, jakimi posłużył się Milgram, we współczesnym systemie prawnym doprowadziłyby go prosto na salę rozpraw. Gdyby dzisiaj ktoś spróbował powtórzyć to badanie w jego oryginalnej, drastycznej formie, musiałby liczyć się z poważnymi zarzutami karnymi oraz gigantycznymi odszkodowaniami cywilnymi.
Jednym z najpoważniejszych zarzutów, jakie mógłby usłyszeć współczesny „Milgram”, jest narażenie uczestników na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Choć „uczeń” za ścianą był aktorem i nie otrzymywał żadnych impulsów elektrycznych, to „nauczyciel” (czyli faktyczny uczestnik badania) poddawany był ekstremalnemu stresowi.
Nagrania z tamtych lat pokazują ludzi, którzy się trzęsą, pocą, zacinają, a nawet wybuchają histerycznym śmiechem z bezsilności. Taki stan organizmu u osoby z ukrytą wadą serca lub nadciśnieniem mógłby doprowadzić do zawału lub udaru. Prokurator mógłby argumentować, że badacz, wiedząc o skrajnym napięciu emocjonalnym, świadomie dopuścił do sytuacji zagrażającej życiu uczestnika.
W polskim prawie karnym uszczerbek na zdrowiu nie dotyczy tylko ran ciętych czy złamań. Obejmuje on również rozstrój zdrowia psychicznego. Uczestnicy eksperymentu Milgrama po fakcie musieli zmierzyć się z traumatyczną prawdą o sobie: dowiedzieli się, że pod wpływem polecenia byliby zdolni zabić drugiego człowieka.
Dla wielu osób taka wiedza jest destrukcyjna i może prowadzić do zespołu stresu pourazowego (PTSD), depresji czy stanów lękowych. Jeśli biegli psychiatrzy orzekliby, że udział w eksperymencie spowodował u uczestnika trwały lub długotrwały uszczerbek na zdrowiu psychicznym (trwający powyżej 7 dni), organizatorowi groziłaby kara pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
Kluczowym elementem badania Milgrama były tzw. „ponaglenia”. Gdy uczestnik chciał przerwać, badacz w białym fartuchu mówił: „Eksperyment wymaga, abyś kontynuował” lub „Nie masz innego wyboru, musisz kontynuować”.
Z punktu widzenia dzisiejszego prawa, mogłoby to zostać uznane za stosowanie przemocy psychicznej w celu zmuszenia innej osoby do określonego działania. Wolność człowieka do przerwania udziału w jakimkolwiek badaniu jest dziś święta. Wywieranie presji na osobę, która wyraźnie komunikuje dyskomfort i chęć wycofania się, narusza jej autonomię i może podpadać pod paragrafy dotyczące zmuszania.
To właśnie kontrowersje wokół Milgrama (oraz późniejszego eksperymentu więziennego Zimbardo) doprowadziły do powstania tzw. Komisji Bioetycznych (IRB). Dzisiaj żaden uniwersytet nie pozwoli na badanie, w którym uczestnik jest oszukiwany w sposób mogący wpłynąć na jego zdrowie psychiczne, a tzw. świadoma zgoda jest dokumentem, bez którego naukowiec nie może nawet zadać jednego pytania.
Poza salą karną, organizator eksperymentu zostałby zasypany pozwami cywilnymi. W grę wchodzi przede wszystkim naruszenie dóbr osobistych, takich jak godność i nietykalność psychiczna.
Uczestnicy mogliby domagać się:
Współczesne sądy bardzo poważnie podchodzą do kwestii dobrostanu psychicznego, a kwoty zadośćuczynień w takich przypadkach mogłyby iść w setki tysięcy złotych.
Choć w psychologii dopuszcza się tzw. „instrukcję maskującą” (czyli niepodawanie prawdziwego celu badania na początku), to Milgram posunął się do kłamstwa totalnego. Uczestnicy byli przekonani, że biorą udział w badaniu nad pamięcią, a nie nad posłuszeństwem.
W dobie RODO i restrykcyjnych przepisów o ochronie danych oraz prawach konsumenta (jeśli badanie byłoby komercyjne), takie wprowadzenie w błąd mogłoby zostać uznane za nieuczciwą praktykę rynkową lub naruszenie praw pacjenta/badanych, co wiązałoby się z ogromnymi karami administracyjnymi nakładanymi przez urzędy państwowe.
W latach 60. Milgram nie poniósł żadnych konsekwencji prawnych, choć jego kariera naukowa była pełna turbulencji z powodu etycznych zarzutów. Dzisiaj sytuacja wyglądałaby inaczej. Najprawdopodobniej nie skończyłoby się na samym mandacie czy upomnieniu. Prokuratura, pod naciskiem opinii publicznej i mediów społecznościowych, prawdopodobnie dążyłaby do skazania za narażenie zdrowia wielu osób.
Nawet jeśli uniknąłby bezwzględnego więzienia, jego kariera jako psychologa zostałaby natychmiastowo zakończona przez dożywotni zakaz wykonywania zawodu i wykluczenie ze wszystkich stowarzyszeń naukowych. Współczesny świat nauki stawia bezpieczeństwo jednostki znacznie wyżej niż „ciekawe” wyniki badań.