Gość (37.30.*.*)
Internet od lat rządzi się swoimi prawami, a jednym z jego najbardziej fascynujących zjawisk są memy. To, że wizerunek nosacza sundajskiego – małpy o charakterystycznym, dużym nosie – stał się w Polsce symbolem narodowych przywar, nie jest dziełem przypadku. To kombinacja unikalnego wyglądu, trafnej obserwacji socjologicznej i mechanizmu wiralowego, który sprawia, że konkretna grafika nagle zyskuje „drugie życie”. Jednak za każdym śmiesznym obrazkiem kryje się autor i konkretne przepisy prawne, o których warto pamiętać, zanim udostępnimy coś w sieci.
Kluczem do sukcesu mema jest zazwyczaj antropomorfizacja, czyli przypisywanie cech ludzkich zwierzętom lub przedmiotom. Nosacz sundajski ze swoim wydatnym nosem i specyficznym wyrazem „twarzy” idealnie wpisał się w archetyp typowego Polaka z lat 90., znanego w internecie jako „Janusz”. Twórcy memów dostrzegli w tym zwierzęciu coś znajomego – wyraz rezygnacji, dumy z drobnych oszczędności czy specyficzne poczucie humoru.
Obraz staje się memem, gdy jest wystarczająco elastyczny, by można było do niego dopisać setki różnych scenariuszy. W przypadku nosacza, grafika stała się nośnikiem komentarza społecznego. To, co zaczęło się od niewinnego żartu, przerodziło się w potężne narzędzie komunikacji, które pozwala nam śmiać się z samych siebie. Psychologia wskazuje, że memy pełnią funkcję integrującą grupę – śmiejemy się z tego samego, więc czujemy przynależność do tej samej kultury.
Kwestia prawna wykorzystywania zdjęć z internetu do tworzenia memów jest skomplikowana. W świetle polskiej ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, każde zdjęcie jest utworem i podlega ochronie od momentu ustalenia. Oznacza to, że fotograf, który zrobił zdjęcie nosaczowi w zoo lub na wolności, posiada do niego autorskie prawa majątkowe.
W teorii, przerobienie czyjegoś zdjęcia bez zgody autora jest naruszeniem prawa. Jednak w praktyce istnieje coś takiego jak prawo cytatu (art. 29 ustawy o prawie autorskim). Pozwala ono na wykorzystywanie fragmentów utworów lub drobnych utworów w całości w celach takich jak parodia, pastisz, karykatura, analiza krytyczna czy nauczanie. Memy zazwyczaj wpisują się w definicję parodii lub karykatury, co stanowi pewną „bezpieczną przystań” dla ich twórców.
Granica bezpieczeństwa kończy się tam, gdzie zaczynają się pieniądze. Jeśli tworzysz memy na własny użytek lub publikujesz je na prywatnym profilu w mediach społecznościowych, ryzyko konsekwencji prawnych jest minimalne. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy firma wykorzystuje popularnego mema w celach komercyjnych (np. w kampanii reklamowej na Facebooku), nie mając licencji do oryginalnego zdjęcia.
W historii internetu zdarzały się przypadki, w których autorzy oryginalnych zdjęć (lub osoby na nich uwiecznione) domagali się wysokich odszkodowań od marek, które bezprawnie wykorzystały ich wizerunek do promocji produktów.
Warto odróżnić zdjęcia zwierząt od zdjęć ludzi. O ile nosacz sundajski nie pozwie nikogo o naruszenie dóbr osobistych, o tyle osoba, która stała się „twarzą” mema, ma do tego pełne prawo. W Polsce ochrona wizerunku jest bardzo silna. Zgodnie z prawem, rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej, chyba że jest to osoba powszechnie znana lub stanowi ona jedynie szczegół całości (np. tłum na koncercie).
Wiele osób, które stały się bohaterami memów wbrew własnej woli (tzw. „accidental celebrities”), borykało się z problemami psychicznymi lub zawodowymi. Choć prawo cytatu chroni formę mema jako parodii, nie zwalnia ono z odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych, takich jak cześć czy godność.
Jeśli chcesz tworzyć treści w sieci i unikać problemów prawnych, warto trzymać się kilku zasad:
Ciekawostką jest fakt, że niektóre zwierzęta, które stały się memami, pomogły w nagłośnieniu problemów ekologicznych. Nosacz sundajski jest gatunkiem zagrożonym wyginięciem, a jego popularność w Polsce paradoksalnie przyczyniła się do wzrostu świadomości na temat ochrony lasów deszczowych na Borneo. Dzięki memom, wiele osób po raz pierwszy usłyszało o tym niezwykłym gatunku, co pokazuje, że internetowy humor może mieć czasem całkiem pożyteczne skutki uboczne.