Gość (37.30.*.*)
Wielu rodziców, obserwując dorastające dzieci znajomych, z niepokojem wyczekuje momentu, w którym ich słodki kilkulatek zmieni się w zbuntowanego nastolatka. Pojawia się wtedy naturalne pytanie: czy da się wychować dziecko tak, aby ten etap po prostu pominąć? Czy idealne metody wychowawcze, pełne empatii i zrozumienia, są w stanie „wyłączyć” potrzebę trzaskania drzwiami i negowania autorytetu rodziców? Odpowiedź psychologii rozwojowej jest dość jednoznaczna, choć dla wielu może być zaskakująca: całkowity brak buntu wcale nie musi być powodem do radości.
Zanim zaczniemy zastanawiać się, jak go uniknąć, warto zrozumieć, czym on właściwie jest. Z punktu widzenia biologii i psychologii, okres dojrzewania to czas gigantycznej przebudowy mózgu. Kora przedczołowa, odpowiedzialna za logiczne myślenie i kontrolę impulsów, wciąż się rozwija, podczas gdy układ limbiczny (centrum emocji) pracuje na najwyższych obrotach.
Psycholodzy rozwojowi, tacy jak Erik Erikson, podkreślają, że głównym zadaniem nastolatka jest budowa własnej tożsamości. Aby dowiedzieć się, kim jestem, młody człowiek musi najpierw sprawdzić, kim... nie jest. A najłatwiej zrobić to poprzez odcięcie się od wartości i zasad narzuconych przez rodziców. To proces tzw. indywiduacji – oddzielania się od opiekunów, by stać się autonomiczną jednostką.
Jeśli przez „brak buntu” rozumiemy brak agresji, ucieczek z domu czy drastycznych zachowań ryzykownych – tak, jest to możliwe. Jeśli jednak rozumiemy przez to całkowite posłuszeństwo i brak kwestionowania zdania rodziców, to pedagodzy stawiają tu wielki znak zapytania.
Wychowanie oparte na ogromnym rygorze i strachu może stłumić zewnętrzne objawy buntu. Dziecko, które boi się surowej kary, może zachowywać się nienagannie, ale cena za to jest wysoka. Taki „brak buntu” jest często pozorny – emocje zostają skierowane do wewnątrz, co w przyszłości może skutkować niską samooceną, trudnościami w podejmowaniu decyzji czy skłonnością do depresji.
Z drugiej strony, w domach o bardzo wysokim poziomie wsparcia, gdzie relacja jest partnerska i oparta na dialogu, bunt może przybrać formę łagodną. Nastolatek nie musi „walczyć” o wolność, bo dostaje ją stopniowo w miarę dorastania. W takich rodzinach bunt objawia się raczej poprzez dyskusje, zmianę stylu ubierania się czy inne zainteresowania, a nie poprzez otwartą wojnę.
Współczesna psychologia patrzy na brak jakichkolwiek oznak oporu u nastolatka z pewną dozą niepokoju. Specjaliści wyróżniają kilka przyczyn, dla których młoda osoba może się nie buntować:
Warto spojrzeć na bunt nastoletni jak na aktualizację systemu operacyjnego w komputerze. Przez chwilę system nie działa stabilnie, pojawiają się błędy i zawieszenia, ale jest to niezbędne, by urządzenie mogło obsługiwać nowsze, bardziej skomplikowane programy w przyszłości. Bez tej „aktualizacji” młody człowiek mógłby na zawsze pozostać emocjonalnie zależny od rodziców.
Pedagodzy sugerują, że zamiast walczyć z buntem lub próbować go całkowicie wyeliminować, lepiej zmienić do niego podejście. Oto kilka strategii, które pomagają złagodzić ten proces:
Tak, istnieją osoby o takim temperamencie, które przechodzą przez okres dorastania bardzo łagodnie. Psychologia różnic indywidualnych wskazuje, że dzieci o wysokim poziomie ugodowości i stabilności emocjonalnej mogą nie odczuwać potrzeby gwałtownej rebelii. W ich przypadku indywiduacja zachodzi po cichu, poprzez wewnętrzne przemyślenia i stopniowe budowanie autonomii. Nie jest to powód do niepokoju, o ile dziecko jest radosne, ma własne zdanie i potrafi je wyrazić (nawet jeśli robi to spokojnie).
Podsumowując, nie da się w pełni „zaprogramować” dziecka tak, by pominęło etap buntu, ponieważ jest on wpisany w biologię i psychologię rozwoju człowieka. Można jednak stworzyć takie warunki wychowawcze, w których ten bunt nie będzie destrukcyjny, lecz stanie się konstruktywnym krokiem ku dorosłości. Kluczem nie jest eliminacja oporu, ale budowanie relacji, która przetrwa każdą burzę.