Gość (83.4.*.*)
Wiele osób ma tendencję do bycia swoim najsurowszym krytykiem. Czasami rzucamy pod swoim adresem złośliwe uwagi, nazywamy się „głupimi” po popełnieniu błędu lub publicznie umniejszamy swoje sukcesy. Choć takie zachowanie może być szkodliwe dla naszej psychiki i relacji z otoczeniem, z punktu widzenia polskiego prawa odpowiedź jest krótka: mówienie o sobie źle nie jest przestępstwem.
W systemie prawnym większość czynów zabronionych opiera się na relacji sprawca – ofiara. Aby doszło do naruszenia dóbr osobistych, zniesławienia czy znieważenia, musi istnieć osoba trzecia, której te działania dotyczą. Nie można ukraść własnego portfela (chyba że w celu wyłudzenia odszkodowania), nie można też prawnie „obrazić” samego siebie w sposób, który skutkowałby interwencją prokuratora.
W polskim Kodeksie karnym istnieją dwa główne artykuły dotyczące naruszania czyjejś godności i dobrego imienia: zniesławienie (art. 212 kk) oraz znieważenie (art. 216 kk). W obu przypadkach przepis wyraźnie mówi o „pomawianiu innej osoby” lub „znieważaniu innej osoby”.
Prawo zakłada, że każdy z nas ma autonomię w dysponowaniu własnym wizerunkiem i poczuciem własnej wartości. Jeśli ktoś decyduje się mówić o sobie w sposób negatywny, jest to uznawane za element wolności słowa lub, w gorszym przypadku, objaw problemów natury psychologicznej, a nie czyn o szkodliwości społecznej wymagający kary więzienia czy grzywny.
Istnieje jednak specyficzna sytuacja, w której mówienie o sobie nieprawdy w negatywnym kontekście może sprowadzić na nas kłopoty. Chodzi o fałszywe oskarżenie samego siebie o popełnienie przestępstwa.
Zgodnie z art. 234 Kodeksu karnego, kto przed organem powołanym do ścigania fałszywie oskarża inną osobę o popełnienie przestępstwa, podlega karze. Choć przepis mówi o „innej osobie”, w praktyce składanie fałszywych zeznań lub zawiadamianie o niepopełnionym przestępstwie (nawet jeśli twierdzimy, że to my jesteśmy sprawcami) jest karalne na mocy innych artykułów (np. art. 235 kk – tworzenie fałszywych dowodów, czy art. 238 kk – zawiadomienie o niepopełnionym przestępstwie).
Jeśli więc „mówienie o sobie źle” polega na pójściu na policję i skłamaniu, że ukradliśmy samochód, którego nikt nie ukradł – wtedy faktycznie popełniamy przestępstwo przeciwko wymiarowi sprawiedliwości.
Skoro wiemy już, że policja nie zapuka do naszych drzwi za nazywanie siebie „nieudacznikiem”, warto zastanowić się, dlaczego w ogóle to robimy. Psychologia określa to mianem negatywnego dialogu wewnętrznego. Może on przybierać różne formy:
Warto wiedzieć, że chroniczne mówienie o sobie źle może być objawem depresji lub zaburzeń lękowych. W takich przypadkach pomoc nie przychodzi ze strony prawnika, lecz terapeuty lub psychologa.
W polskim procesie karnym oskarżony ma unikalne uprawnienie – prawo do obrony, które obejmuje również prawo do milczenia, a nawet do mówienia nieprawdy (o ile nie oskarża przy tym fałszywie innej osoby). Oznacza to, że jeśli oskarżony mówi o sobie źle w sądzie (np. przyznaje się do winy, której nie ma, by kogoś chronić), nie odpowiada za składanie fałszywych zeznań, ponieważ nie składa ich pod przysięgą jako świadek. Sąd ma jednak obowiązek zweryfikować takie przyznanie się do winy z innymi dowodami.
Skoro prawo nas nie ogranicza, musimy sami nałożyć sobie „kaganiec” na nadmierną autokrytykę dla własnego dobra. Oto kilka prostych kroków:
Podsumowując, mówienie o sobie źle nie zaprowadzi Cię przed oblicze sądu, ale może znacząco obniżyć jakość Twojego życia. Prawo chroni nas przed atakami z zewnątrz, ale to my sami musimy zadbać o to, co dzieje się w naszej głowie.