Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie poranek w mieście, w którym jedynym dźwiękiem jest szum drzew, dzwonki rowerowe i cichy mruk elektrycznych autobusów. Nad głową nie słychać ryku silników odrzutowych, a niebo jest wolne od białych smug kondensacyjnych. Taka wizja dla wielu brzmi jak utopia, dla innych jak logistyczny koszmar. Jednak w dobie postępujących zmian klimatycznych pytania o radykalne ograniczenie transportu spalinowego wracają jak bumerang. Czy całkowity zakaz lotów krajowych i kontynentalnych oraz usunięcie aut z miast powyżej 90 tysięcy mieszkańców faktycznie uratowałoby planetę?
Zanim ocenimy sensowność tak drastycznych kroków, musimy spojrzeć na twarde dane. Według różnych raportów (m.in. Europejskiej Agencji Środowiska), transport odpowiada za około 1/4 całkowitej emisji gazów cieplarnianych w Unii Europejskiej. W tej puli transport drogowy jest największym „grzesznikiem”, generując ponad 70% emisji związanych z przemieszczaniem się. Lotnictwo, choć odpowiada za mniejszy procent ogólnej emisji (około 3-4%), jest najbardziej emisyjnym środkiem transportu w przeliczeniu na kilometr przebyty przez jednego pasażera.
Wprowadzenie zakazu lotów krótkodystansowych i kontynentalnych uderzyłoby w najbardziej energochłonną fazę lotu – start i wznoszenie. To właśnie wtedy maszyna zużywa najwięcej paliwa. Na krótkich trasach ten etap stanowi ogromną część całej operacji, co sprawia, że lot z Warszawy do Berlina jest znacznie bardziej szkodliwy dla klimatu (w przeliczeniu na pasażerokilometr) niż lot transatlantycki.
Z punktu widzenia ochrony klimatu, zastąpienie samolotów pociągami na dystansach do 1000-1500 km ma ogromny sens. Pociągi dużych prędkości emitują nawet o 90% mniej CO2 niż samoloty na tych samych trasach. Francja już zrobiła pierwszy krok, zakazując lotów krajowych na trasach, które można pokonać pociągiem w mniej niż 2,5 godziny.
Jednak całkowity zakaz lotów kontynentalnych (np. z Lizbony do Helsinek) to wyzwanie innej skali. Bez gigantycznych inwestycji w infrastrukturę kolejową, taka podróż trwałaby kilkadziesiąt godzin, co mogłoby sparaliżować europejską gospodarkę i naukę. Z punktu widzenia klimatu zysk byłby kolosalny, ale koszt społeczny i ekonomiczny – przy obecnym stanie technologii – mógłby doprowadzić do głębokiej recesji.
Przeniesienie ciężaru dyskusji na ulice miast powyżej 90 tysięcy mieszkańców otwiera kolejny fascynujący rozdział. Dlaczego akurat 90 tysięcy? To granica, przy której miasto zazwyczaj posiada już rozwiniętą (lub możliwą do szybkiego przeskalowania) sieć komunikacji miejskiej.
Wyeliminowanie samochodów osobowych z takich ośrodków jak Gliwice, Legnica czy Białystok przyniosłoby natychmiastowe efekty:
Koncepcja miasta 15-minutowego zakłada, że wszystkie potrzeby życiowe (praca, zakupy, lekarz, edukacja) powinny być dostępne w zasięgu 15-minutowego spaceru lub przejażdżki rowerem. Zakaz ruchu aut wymusiłby przebudowę miast właśnie w tym kierunku, co jest uważane za jeden z najskuteczniejszych sposobów na walkę z kryzysem klimatycznym w urbanistyce.
Odpowiedź na pytanie o sensowność takich zakazów nie jest czarno-biała.
Dlaczego to ma sens?
Gdzie leżą zagrożenia?
Choć nie mamy tu do czynienia z jednym równaniem, spróbujmy oszacować skalę zmiany na przykładzie typowej trasy kontynentalnej:
Mnożąc to przez miliony pasażerów rocznie, otrzymujemy wartości idące w megatony zaoszczędzonego dwutlenku węgla.
W kontekście samej ochrony klimatu, takie rozwiązanie ma ogromny sens merytoryczny. Jest to jednak operacja na „żywym organizmie” cywilizacji, która wymagałaby nie tylko zakazów, ale przede wszystkim stworzenia realnych, szybkich i tanich alternatyw. Bez nich zakaz mógłby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego, zniechęcając społeczeństwo do jakichkolwiek działań proekologicznych.