Gość (37.30.*.*)
Planowanie wakacji nad wodą wydaje się najprostszą rzeczą pod słońcem – pakujemy kostium, ręcznik i krem z filtrem. Jednak rzeczywistość na miejscu potrafi mocno zdziwić, a czasem nawet uderzyć po kieszeni. Od słynnych polskich parawanów, po surowe mandaty za zbieranie muszelek we Włoszech – światowe plaże to prawdziwy poligon kulturowy i prawny. Zanim rozłożysz leżak, warto wiedzieć, co może Cię spotkać, by zamiast pięknej opalenizny nie przywieźć ze sobą mandatu lub sporego niesmaku.
Zacznijmy od naszego własnego podwórka, które dla obcokrajowców jest równie egzotyczne, co dla nas dżungla amazońska. Mowa oczywiście o "parawaningu". Choć dla nas widok labiryntu z kolorowego materiału jest naturalnym elementem krajobrazu nad Bałtykiem, turyści z zagranicy patrzą na to z niedowierzaniem.
Parawany w Polsce pełnią dwie funkcje: chronią przed przeszywającym wiatrem (co jest zrozumiałe) oraz wyznaczają terytorium "prywatne" (co bywa zarzewiem konfliktów). W szczycie sezonu w kurortach takich jak Władysławowo czy Mielno, plaża przypomina osiedle grodzone, gdzie przejście do wody wymaga umiejętności parkourowych. Co ciekawe, coraz więcej gmin próbuje walczyć z tym zjawiskiem, wprowadzając strefy wolne od parawanów, by każdy miał szansę zobaczyć linię horyzontu.
Oprócz parawanów, polskie plaże słyną z tzw. "paragonów grozy". Choć ryba nad morzem powinna być tania, w wielu miejscach cena podawana jest za 100 gramów surowego produktu, co przy finalnym rozliczeniu za solidną porcję smażonego dorsza z frytkami może przyprawić o zawrót głowy.
Włochy to jeden z ulubionych kierunków Polaków, ale tutejsze zasady plażowania mogą wywołać szok termiczny. W wielu popularnych regionach, jak Wybrzeże Amalfi czy Rimini, plaże są podzielone na tzw. "stabilimenti balneari". Są to prywatne kluby plażowe, gdzie za wstęp i wynajęcie dwóch leżaków z parasolem trzeba zapłacić od 20 do nawet 100 euro za dzień.
Dla Polaka przyzwyczajonego do tego, że plaża jest dobrem wspólnym, widok rzędów identycznych parasoli zajmujących 90% dostępnego brzegu jest frustrujący. "Spiaggia libera", czyli darmowa plaża, to często tylko wąski, najmniej atrakcyjny skrawek piasku na samym końcu kurortu. Co więcej, we Włoszech (szczególnie na Sardynii) obowiązują surowe kary za zabieranie piasku, kamieni czy muszelek – mandaty sięgają tysięcy euro!
W Hiszpanii, szczególnie w kurortach takich jak Benidorm czy Malaga, panuje specyficzny rodzaj sportu ekstremalnego: "wojna o parasole". Turyści potrafią pojawić się na plaży o 6:00 rano, rozłożyć ręcznik lub parasol, by zarezerwować najlepsze miejsce przy samej wodzie, a następnie... wrócić do hotelu na śniadanie i drzemkę.
Lokalne władze straciły cierpliwość do tej praktyki. W wielu miastach wprowadzono przepisy pozwalające policji na rekwirowanie "porzuconego" sprzętu. Jeśli zostawisz parasol bez opieki na kilka godzin, możesz go odnaleźć w depozycie, płacąc przy okazji słoną grzywnę za zaśmiecanie przestrzeni publicznej.
Jeśli planujesz plażowanie w Kraju Kwitnącej Wiśni, przygotuj się na spore zaskoczenie, jeśli posiadasz tatuaże. W Japonii tatuaż wciąż jest silnie kojarzony z mafią Yakuza. Wiele publicznych plaż, a zwłaszcza parków wodnych i basenów, ma kategoryczny zakaz wstępu dla osób z widocznymi ozdobami na ciele.
Polscy turyści często muszą ratować się specjalnymi plastrami zakrywającymi wzory lub nosić koszulki typu "rash guard". Choć podejście to powoli się zmienia pod wpływem turystyki zachodniej, wciąż można zostać poproszonym o opuszczenie plaży, jeśli nasze tatuaże są zbyt eksponowane.
W Zjednoczonych Emiratach Arabskich plażowanie to balansowanie między luksusem a surowym prawem. Na plażach publicznych w Dubaju panują restrykcyjne zasady dotyczące ubioru. O ile bikini jest akceptowalne w wodzie i na piasku, o tyle spacerowanie w nim po promenadzie czy wejście do pobliskiego sklepu jest surowo zabronione i może skończyć się interwencją policji.
Zaskoczeniem dla Polaków są też "dni dla kobiet i dzieci". W określone dni tygodnia na wybrane plaże publiczne mężczyźni mają całkowity zakaz wstępu. Ma to zapewnić komfort i prywatność lokalnym kobietom. Dodatkowo, robienie zdjęć innym osobom na plaży bez ich zgody jest w Emiratach przestępstwem, za które grozi nawet deportacja.
Dla odmiany coś dla fanów chłodniejszych klimatów. Reynisfjara na Islandii to jedna z najpiękniejszych plaż świata z czarnym piaskiem i bazaltowymi kolumnami. Jednak dla turysty z Polski, przyzwyczajonego do bezpiecznego (choć zimnego) Bałtyku, to miejsce jest śmiertelnie niebezpieczne.
Panują tam tzw. "sneaker waves" – fale, które pojawiają się nagle i sięgają znacznie dalej niż poprzednie. Mają one ogromną siłę i potrafią wciągnąć dorosłą osobę do lodowatego oceanu w ułamku sekundy. Na tej plaży nie obowiązuje zasada "wejdę tylko do kostek" – tam w ogóle nie wolno odwracać się plecami do wody.
Tajlandia kojarzy się z pełną swobodą, ale na tamtejszych plażach panują jedne z najbardziej rygorystycznych przepisów ekologicznych. Na najpopularniejszych plażach (np. na wyspach Phuket czy Koh Samui) obowiązuje całkowity zakaz palenia tytoniu. Za zapalenie papierosa na piasku grozi rok więzienia lub ogromna grzywna.
Władze wprowadziły te przepisy po tym, jak badania wykazały, że niedopałki stanowią większość śmieci niszczących lokalny ekosystem. Co więcej, w Tajlandii surowo zabronione jest karmienie ryb podczas snurkowania – to, co wydaje się miłą zabawą, niszczy równowagę biologiczną rafy koralowej.
Każdy kraj to inny obyczaj, a plaża – choć wydaje się strefą wolności – jest miejscem, gdzie te różnice widać najlepiej. Jadąc na wakacje, warto poświęcić 5 minut na sprawdzenie lokalnego regulaminu. Czasem to, co u nas jest normą (jak parawan czy piwko pod chmurką), za granicą może stać się powodem sporych kłopotów. Pamiętajmy, że jesteśmy gośćmi, a szacunek do lokalnych zasad to najlepsza gwarancja udanego wypoczynku.