Gość (185.187.*.*)
Pytanie o sens cierpienia to jedno z najtrudniejszych wyzwań, przed jakimi staje osoba wierząca. Postać ks. Piotra Pawlukiewicza, uwielbianego przez tłumy kaznodziei, często pojawia się w tym kontekście, ponieważ potrafił on o sprawach trudnych mówić w sposób niezwykle ludzki. Jego teza, że Bóg nie jest „producentem” cierpienia, może wydawać się sprzeczna z tradycyjnym obrazem ofiary Chrystusa. Aby to zrozumieć, musimy przyjrzeć się nie tyle samej mechanice bólu, co naturze miłości i wolności.
Ks. Pawlukiewicz często podkreślał, że Bóg jest Miłością, a w miłości nie ma chęci zadawania bólu. Według tej koncepcji cierpienie nie jest „prezentem” od Boga ani karą, którą On własnoręcznie na nas nakłada. Źródła cierpienia upatruje się raczej w trzech innych obszarach: w wolnej woli człowieka (która pozwala nam ranić siebie i innych), w prawach natury (choroby, katastrofy) oraz w fakcie, że świat, w którym żyjemy, jest „pęknięty” przez grzech pierworodny.
W ujęciu ks. Piotra Bóg nie tyle zsyła cierpienie, co dopuszcza je jako konsekwencję naszej wolności i kondycji świata. Gdyby Bóg interweniował za każdym razem, gdy ma stać się coś złego, nasza wolność byłaby iluzją. Zamiast być „wysyłaczem” nieszczęść, Bóg w tej wizji jest kimś, kto płacze razem z nami i potrafi z największego zła wyprowadzić dobro.
To kluczowy punkt sporny. Czytając Ewangelię, możemy odnieść wrażenie, że Bóg Ojciec zaplanował okrutną śmierć Jezusa. Jednak teologia, którą posługiwał się ks. Pawlukiewicz, rzuca na to inne światło. Bóg nie wysłał Jezusa po to, by Ten cierpiał, ale po to, by kochał. Cierpienie było ceną, jaką Miłość musiała zapłacić w świecie, który tę Miłość odrzucił.
Można to porównać do sytuacji, w której ojciec wysyła syna na misję ratunkową do ogarniętego wojną kraju. Ojciec nie chce, by syn został ranny, ale wie, że misja jest konieczna, a ryzyko ogromne. Jezus nie przyszedł, by „zaliczyć” określoną dawkę bólu, która udobruchałaby zagniewanego Boga. Przyszedł, by wejść w najciemniejsze zakamarki ludzkiego losu – w tym w śmierć i cierpienie – i wypełnić je swoją obecnością. To nie cierpienie nas zbawiło, ale miłość Jezusa, która nie cofnęła się nawet przed cierpieniem.
To zdanie bywa często opacznie rozumiane jako pochwała bólu (tzw. doloryzm). Tymczasem w chrześcijaństwie nie chodzi o to, że cierpienie samo w sobie ma wartość magiczną. Wartość ma postawa człowieka wobec trudności.
Przekonanie o konieczności cierpienia w drodze do zbawienia wynika z faktu, że zbawienie to proces „umierania” dla własnego egoizmu. A to boli. Każda prawdziwa miłość wymaga ofiary – rezygnacji z własnego „ja” na rzecz „ty”. W świecie dotkniętym grzechem każda próba życia w pełni dobra napotyka opór, który rodzi ból. Dlatego mówi się, że nie ma zbawienia bez krzyża – nie dlatego, że Bóg kocha krzyże, ale dlatego, że na tym świecie nie da się kochać do końca, nie narażając się na zranienie.
Warto wiedzieć, że słowo „pasja”, którego używamy w kontekście męki Pańskiej, pochodzi od łacińskiego passio, co oznacza po prostu „cierpienie” lub „poddawanie się czemuś”. Jednocześnie w języku polskim (i wielu innych) „pasja” oznacza wielką miłość i zaangażowanie. To piękne lingwistyczne połączenie pokazuje, że w kulturze chrześcijańskiej cierpienie i wielka miłość są ze sobą nierozerwalnie splatane.
Ks. Pawlukiewicz uczył, że „wola Boża” to nie jest scenariusz, w którym Bóg zaplanował nam każdą chorobę. Wolą Bożą jest to, abyśmy w każdej sytuacji – nawet tej najtrudniejszej, której On nie chciał – potrafili odnaleźć sens i bliskość z Nim.
Zamiast pytać: „Dlaczego Bóg mi to zrobił?”, ks. Piotr zachęcał do pytania: „Gdzie w tym wszystkim jest Bóg?”. Odpowiedź chrześcijańska brzmi: Bóg jest na krzyżu, czyli w samym centrum cierpienia, a nie obok niego jako obojętny obserwator.
Rozumienie cierpienia w ten sposób pozwala przestać postrzegać Boga jako surowego sędziego, a zacząć widzieć w Nim kogoś, kto bierze na plecy ten sam ciężar, który my dźwigamy na co dzień. To właśnie była esencja nauczania ks. Piotra Pawlukiewicza – Bóg jest blisko, zwłaszcza wtedy, gdy najbardziej boli.