Gość (37.30.*.*)
Przejście z nadawania analogowego na cyfrowe (DVB-T, a później DVB-T2) miało być rewolucją, która otworzy rynek dla nowych graczy i przełamie monopol największych nadawców. Teoretycznie zyskaliśmy kilkadziesiąt bezpłatnych kanałów, ale gdy spojrzymy na słupki oglądalności, sytuacja od lat wygląda niemal identycznie. TVP, Polsat, TVN oraz – co jest ciekawym przypadkiem – TV Puls, wciąż trzymają lwią część tortu. Dlaczego tak trudno jest im zagrozić? Odpowiedź kryje się w brutalnej ekonomii, psychologii widza i specyfice polskiego rynku reklamowego.
Największą przeszkodą dla każdego nowego gracza są gigantyczne koszty produkcji własnej. Telewizja to niezwykle drogi biznes. Aby przyciągnąć widza przed ekran w czasie najlepszej oglądalności (tzw. prime time), nie wystarczy puścić starego filmu, który wszyscy widzieli dziesięć razy. Potrzebne są wielkie show, seriale premium i programy informacyjne z ogromnym zapleczem reporterskim.
„Wielka czwórka” dysponuje budżetami idącymi w miliardy złotych. Stać ich na formaty typu MasterChef, Taniec z Gwiazdami czy wysokobudżetowe seriale kryminalne. Nowy nadawca, wchodzący na multipleks, zazwyczaj zaczyna z ograniczonym kapitałem. Zamiast inwestować w autorskie produkcje, kupuje tańsze, zagraniczne licencje na starsze seriale lub programy dokumentalne. To jednak nie buduje lojalności widza ani unikalnego charakteru stacji, przez co taki kanał staje się jedynie „tłem” do prasowania, a nie realnym konkurentem dla gigantów.
W świecie telewizji komercyjnej walutą jest punkt ratingowy (GRP). Reklamodawcy i domy mediowe najchętniej kupują czas tam, gdzie mogą dotrzeć do masowego odbiorcy w krótkim czasie. Małe stacje, które mają udziały w rynku na poziomie 0,5% czy 1%, są dla wielkich marek mało atrakcyjne jako główny partner.
Powstaje błędne koło:
Wielcy nadawcy mają też przewagę w postaci własnych biur reklamy (jak Polsat Media czy TVN Media), które sprzedają pakiety reklamowe obejmujące nie tylko główną antenę, ale i szereg mniejszych kanałów tematycznych. Nowy, niezależny gracz ma ogromne trudności, by przebić się przez ten system i wynegocjować korzystne stawki.
Psychologia odgrywa w telewizji większą rolę, niż mogłoby się wydawać. Większość Polaków ma zakodowane w pamięci numery kanałów na pilocie: 1 to TVP1, 2 to TVP2, potem zazwyczaj Polsat i TVN. To tzw. „zasiedzenie” sprawia, że nowym stacjom, które lądują na dalszych pozycjach listy (np. na kanale 38 czy 55), bardzo trudno jest przebić się do świadomości widza.
Ciekawostką jest fakt, że TV Puls udało się dołączyć do tego grona głównie dzięki konsekwentnej strategii budowania marki opartej na rozrywce i filmach akcji, co zajęło im kilkanaście lat. To pokazuje, że wejście do „ekstraklasy” to maraton, a nie sprint, na który mało kto ma dzisiaj fundusze i cierpliwość.
Cyfryzacja zwiększyła liczbę kanałów, ale nie wyrównała szans technicznych. Naziemna Telewizja Cyfrowa jest podzielona na tzw. multipleksy (MUX). Nie wszystkie mają taki sam zasięg i parametry.
Stacje nadające na mniej dostępnych multipleksach od startu są na straconej pozycji – ich potencjalna widownia jest technicznie ograniczona, co automatycznie obniża ich przychody i szanse na rozwój.
Wspomniane w pytaniu stacje informacyjne o profilu prawicowym (jak np. TV Republika czy wcześniej Telewizja Trwam) działają na nieco innych zasadach. Ich sukces nie opiera się na walce o „masowego widza rozrywkowego”, ale na zagospodarowaniu bardzo konkretnej, lojalnej i zaangażowanej niszy światopoglądowej. Tacy widzowie aktywnie szukają swojej stacji, niezależnie od tego, na którym kanale się znajduje. Ponadto stacje te często korzystają z finansowania społecznościowego lub specyficznego wsparcia, co pozwala im przetrwać bez konieczności walki o największych komercyjnych reklamodawców.
Ostatnim i być może najważniejszym powodem, dla którego nie powstanie już piąty czy szósty gigant telewizji naziemnej, jest zmiana nawyków konsumpcji mediów. Dzisiaj kapitał, który dawniej mógłby posłużyć do budowy nowej stacji telewizyjnej, płynie do internetu.
Zamiast tworzyć nową telewizję „linearną” (gdzie to nadawca decyduje, co i o której oglądamy), inwestorzy wolą budować platformy VOD i streamingowe. Rywalizacja przeniosła się z ekranów telewizorów na ekrany smartfonów i aplikacji Smart TV. W tej nowej rzeczywistości „wielka czwórka” walczy już nie z nowymi polskimi stacjami, ale z gigantami takimi jak Netflix, Disney+ czy YouTube. Dla nowego gracza tradycyjna telewizja naziemna stała się po prostu zbyt drogim i zbyt ryzykownym modelem biznesowym.