Gość (83.4.*.*)
Czerwiec 2010 roku zapisał się w historii polskiego internetu jako moment wielkiego przełomu, ale i ogromnego skandalu. To właśnie wtedy najpopularniejszy wówczas serwis społecznościowy w Polsce, Nasza-Klasa.pl, postanowił przejść gruntowny lifting, zmieniając nazwę na nk.pl. Rebrandingowi towarzyszyło jednak wprowadzenie nowego regulaminu, który wywołał prawdziwą burzę wśród milionów użytkowników. Co tak naprawdę się wydarzyło i dlaczego Polacy masowo zaczęli usuwać swoje konta?
Głównym powodem wprowadzenia nowego regulaminu była chęć profesjonalizacji portalu i znalezienia nowych dróg monetyzacji. W 2010 roku Facebook zaczął już deptać Naszej-Klasie po piętach, a właściciele polskiego serwisu zrozumieli, że sentymentalne odnajdywanie znajomych z ławki szkolnej to za mało, by utrzymać się na szczycie.
Portal potrzebował pieniędzy z reklam i nowoczesnych narzędzi marketingowych. Aby móc wyświetlać spersonalizowane treści i współpracować z zewnętrznymi firmami, zarząd musiał prawnie usankcjonować szeroki dostęp do danych użytkowników. Oficjalnie tłumaczono, że zmiany są niezbędne do wprowadzenia nowych funkcji, takich jak gry, aplikacje czy mikro-płatności (słynne "Eurogąbki"). W rzeczywistości chodziło o stworzenie potężnej bazy danych, którą można by efektywniej wykorzystać komercyjnie.
Kontrowersje nie dotyczyły samej zmiany nazwy na nk.pl, lecz konkretnych zapisów w nowym regulaminie. Użytkownicy, chcąc zalogować się do serwisu, musieli zaakceptować nowe warunki, które dla wielu były nie do przyjęcia. Największy opór stawiały dwa punkty:
Warto wspomnieć o ciekawostce: w tamtym czasie GIODO (Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych) został zasypany tysiącami skarg. Był to jeden z pierwszych tak masowych protestów obywatelskich w polskiej cyberprzestrzeni.
Skutki zmian w regulaminie były dla nk.pl opłakane w skutkach długofalowych, choć początkowo portal próbował bagatelizować problem.
Internet zalała fala instrukcji, jak skutecznie usunąć konto na Naszej-Klasie. Na popularnym wówczas komunikatorze systemowym "Śledzik" (polskim odpowiedniku Twittera wewnątrz portalu) dominowały wpisy krytykujące zarząd. Użytkownicy czuli się oszukani i potraktowani przedmiotowo. Chociaż statystyki nie pokazały natychmiastowego spadku o połowę, to zaufanie do marki zostało bezpowrotnie zniszczone.
To był moment zwrotny. Facebook, który do tej pory był w Polsce postrzegany jako portal dla "młodych i znających angielski", nagle stał się bezpieczną przystanią. Polacy uznali, że skoro i tak muszą dzielić się danymi, wolą robić to w serwisie globalnym, który oferował więcej możliwości i – paradoksalnie wtedy – wydawał się mniej agresywny marketingowo niż nk.pl.
Pod naciskiem opinii publicznej i GIODO, nk.pl musiała ostatecznie zmodyfikować niektóre zapisy regulaminu. Wprowadzono nieco bardziej przejrzyste ustawienia prywatności, ale niesmak pozostał. Portal z "miejsca spotkań po latach" stał się w oczach wielu "maszynką do robienia pieniędzy na danych".
Z perspektywy czasu widać, że rebranding na nk.pl i zmiana regulaminu były próbą ratowania tonącego okrętu, która tylko przyspieszyła jego zatonięcie. Agresywna polityka prywatności w 2010 roku zderzyła się z brakiem odpowiedniej komunikacji z użytkownikami. Zamiast ewolucji, zaserwowano rewolucję, na którą społeczność nie była gotowa.
Dziś nk.pl już nie istnieje (serwis został oficjalnie zamknięty w lipcu 2021 roku), a historia z czerwca 2010 roku pozostaje jedną z najważniejszych lekcji dla managerów social media: w internecie społeczność jest największym kapitałem, a raz stracone zaufanie jest niemal niemożliwe do odzyskania.