Gość (37.30.*.*)
Wybór idealnego zakończenia to odwieczny dylemat twórców – od Szekspira, przez Hitchcocka, aż po współczesnych showrunnerów Netflixa. Choć gusta są subiektywne, badacze i firmy zajmujące się analizą rynku wielokrotnie próbowali sprawdzić, co tak naprawdę sprawia, że po seansie lub lekturze czujemy satysfakcję. Okazuje się, że nasze preferencje są mocno zakorzenione w psychologii, a liczby dość jednoznacznie wskazują zwycięzcę w tym wyścigu.
Większość dostępnych badań i ankiet rynkowych potwierdza, że jako gatunek zdecydowanie wolimy, gdy bohaterowie odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Według danych gromadzonych przez platformy takie jak YouGov czy firmy badające rynek czytelniczy, około 60-70% odbiorców deklaruje, że preferuje szczęśliwe zakończenia.
Przykładowo, badanie przeprowadzone przez YouGov wykazało, że aż 61% Amerykanów opowiada się za pozytywnym finałem historii. Zaledwie 5% respondentów przyznało, że woli zakończenia smutne, a około 18% wskazało na zakończenia „pomiędzy” – czyli słodko-gorzkie lub niedopowiedziane. W świecie literatury popularnej (romanse, thrillery, fantasy) te proporcje są jeszcze bardziej przesunięte w stronę happy endu; czytelnicy gatunkowi często traktują pozytywne rozwiązanie akcji jako niepisaną umowę z autorem.
Psychologia ewolucyjna i kognitywistyka mają na to kilka wyjaśnień. Przede wszystkim chodzi o mechanizm nagrody. Kiedy angażujemy się w historię, utożsamiamy się z bohaterem. Jego sukces uwalnia w naszym mózgu dopaminę, co daje nam poczucie domknięcia i bezpieczeństwa.
Istnieje również zjawisko zwane „regułą szczytu i końca” (peak-end rule), sformułowane przez noblistę Daniela Kahnemana. Sugeruje ono, że oceniamy całe doświadczenie głównie na podstawie tego, jak czuliśmy się w jego najbardziej intensywnym momencie oraz w samej końcówce. Nawet jeśli film był przeciętny, ale zakończenie nas zachwyciło i podniosło na duchu, prawdopodobnie ocenimy go wysoko.
Skoro tylko około 5-10% ludzi deklaruje miłość do smutnych zakończeń, to dlaczego filmy takie jak „Titanic”, „Pamiętnik” czy klasyczne tragedie greckie cieszą się taką popularnością? Tutaj wkracza tzw. paradoks tragedii.
Badania opublikowane w czasopiśmie Communication Research sugerują, że smutne historie pozwalają nam na bezpieczne przeżycie trudnych emocji i proces katarsis. Ludzie, którzy wybierają smutne zakończenia, często robią to ze względu na:
Zakończenia otwarte, zwane niedopowiedzianymi, to najbardziej polaryzująca kategoria. Choć w badaniach statystycznych rzadko zajmują pierwsze miejsce (wybiera je zazwyczaj około 10-15% badanych), to właśnie one najdłużej zostają w naszej pamięci.
Odpowiada za to efekt Zeigarnik – zjawisko psychologiczne polegające na tym, że mózg lepiej zapamiętuje zadania przerwane lub niedokończone niż te sfinalizowane. Gdy historia nie ma jasnego punktu końcowego, nasz umysł „mieli” ją jeszcze przez wiele dni, próbując samodzielnie dopisać finał. To dlatego zakończenie filmu „Incepcja” czy serialu „Sopranos” do dziś budzi tak wielkie emocje w sieci.
Warto wspomnieć o zaskakującym badaniu Nicholasa Christenfelda z University of California w San Diego. Wykazał on, że ludzie... czerpią większą przyjemność z historii, których zakończenie już znają (nawet jeśli jest ono smutne). Wiedza o tym, jak skończy się opowieść, pozwala nam mniej skupiać się na napięciu („co się stanie?”), a bardziej na samej narracji i detalach estetycznych.
Preferencje zmieniają się nieco w zależności od tego, czy mamy do czynienia z książką, filmem czy teatrem:
Podsumowując, choć statystycznie większość z nas pragnie uśmiechu na ostatniej stronie lub w ostatniej scenie, to właśnie te smutne i niedopowiedziane historie często budują historię kultury i zostają z nami na lata. Wybór zależy od tego, czy w danej chwili szukamy ukojenia, czy intelektualnego wyzwania.