Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, dlaczego Mazowsze i Śląsk stały się globalnymi markami, podczas gdy inne regiony, takie jak Podlasie czy Kielecczyzna, nie doczekały się analogicznych „gigantów”, jest niezwykle trafne. Odpowiedź na nie kryje się w historii powojennej Polski, decyzjach politycznych oraz specyficznej wizji artystycznej, która przyświecała twórcom tych dwóch legendarnych zespołów. Choć inne regiony mają swoich wspaniałych reprezentantów, to właśnie Mazowsze i Śląsk otrzymały status „państwowych wizytówek”.
Aby zrozumieć, dlaczego te dwa zespoły zdominowały wyobraźnię zbiorową, musimy cofnąć się do lat 40. i 50. XX wieku. W ówczesnej rzeczywistości politycznej władze PRL potrzebowały narzędzia, które pokazywałoby światu „nową Polskę” – radosną, ludową i dumną ze swoich korzeni.
Państwowy Zespół Ludowy Pieśni i Tańca „Mazowsze” powstał w 1948 roku z inicjatywy Tadeusza Sygietyńskiego i Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej. Kilka lat później, w 1953 roku, Stanisław Hadyna założył Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”. Kluczowym słowem był tutaj przymiotnik „Państwowy”. Te dwa zespoły od początku miały zagwarantowane ogromne finansowanie z budżetu centralnego, co pozwoliło na budowę całych ośrodków (jak Karolin dla Mazowsza czy zamek w Koszęcinie dla Śląska), zatrudnienie setek artystów i stworzenie profesjonalnej infrastruktury.
To najczęstszy mit – przekonanie, że inne regiony nie mają swoich reprezentantów. W rzeczywistości mają, i to znakomitych, jednak ich skala działania i status formalny są inne.
Dlaczego więc nie są tak sławni jak Mazowsze? Większość tych grup to zespoły działające przy wojewódzkich domach kultury lub uczelniach. Nie posiadają one statusu „narodowej instytucji kultury” finansowanej bezpośrednio przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w takim stopniu, jak dwaj giganci. Bez milionowych nakładów na marketing, zagraniczne trasy koncertowe i ogromne aparaty administracyjne, trudno jest przebić się do globalnej świadomości.
Mazowsze i Śląsk nie są zespołami czysto etnograficznymi. To, co widzimy na scenie, to tzw. folklor stylizowany. Tadeusz Sygietyński i Stanisław Hadyna nie kopiowali 1:1 wiejskich przyśpiewek. Oni tworzyli wielkie widowiska estradowe, w których muzyka ludowa była jedynie bazą dla skomplikowanych aranżacji orkiestrowych i baletowych.
Wiele innych zespołów regionalnych stawiało na większą autentyczność lub działało w mniejszej skali, co z perspektywy masowego widza mogło wydawać się mniej „efektowne”. Mazowsze i Śląsk stały się produktami eksportowymi, które miały zachwycać na scenach Paryża, Nowego Jorku czy Tokio swoją monumentalnością.
Warto wiedzieć, że sukces tych zespołów to nie tylko taniec, ale i ogromny wysiłek fizyczny. Kostiumy używane przez artystów Mazowsza czy Śląska są wykonywane z autentycznych, ciężkich materiałów (wełna, aksamit) i bogato zdobione haftami czy koralikami. Kompletny strój łowicki, w którym tancerka musi wykonywać dynamiczne obroty, może ważyć nawet od 10 do 15 kilogramów! To tak, jakby biegać sprintem z solidnym plecakiem, zachowując przy tym promienny uśmiech.
Dziś stworzenie od zera zespołu o skali Mazowsza byłoby operacją logistyczną i finansową wartą dziesiątki, jeśli nie setki milionów złotych. Obecna polityka kulturalna skupia się raczej na wspieraniu istniejących już lokalnych wspólnot i mniejszych zespołów, które promują autentyczny, nieprzetworzony folklor.
Zamiast jednego, centralnie sterowanego giganta dla każdego województwa, mamy setki mniejszych grup, takich jak Zespół Pieśni i Tańca „Lublin” im. Wandy Kaniorowej czy rzeszowski „Bandos”, które odnoszą sukcesy na międzynarodowych festiwalach folklorystycznych, choć rzadziej goszczą na pierwszych stronach gazet.
Podsumowując, brak „Mazowsza z Podlasia” nie wynika z braku talentu czy bogactwa kulturowego tych regionów. To efekt historycznego monopolu dwóch marek, które w okresie PRL-u zostały wybrane na ambasadorów polskości i otrzymały środki, o jakich inne regiony mogły jedynie marzyć.