Gość (37.30.*.*)
Współczesna pedagogika i psychologia dziecięca znajdują się obecnie w bardzo ciekawym, ale i kontrowersyjnym punkcie. Z jednej strony mamy coraz większą wiedzę na temat dobrostanu psychicznego, z drugiej – narastające poczucie, że młode pokolenia są coraz gorzej przygotowane do trudów dorosłości. Pytanie o to, dlaczego zamiast „hartowania” wybiera się „izolowanie”, dotyka sedna problemu, z którym borykają się systemy edukacji na całym świecie.
Warto zacząć od tego, że zalecenia dotyczące ograniczania stresu nie biorą się z próżni. Eksperci obserwują drastyczny wzrost diagnoz stanów lękowych i depresji wśród dzieci i młodzieży. W odpowiedzi na ten kryzys pojawiła się tendencja do eliminowania czynników stresogennych, co w literaturze często określa się mianem „snowplow parenting” (rodzicielstwo odśnieżające). Polega ono na usuwaniu wszelkich przeszkód z drogi dziecka, zanim zdąży ono w ogóle ich doświadczyć.
Problem polega na tym, że intencje są dobre (ochrona zdrowia psychicznego), ale skutki bywają odwrotne do zamierzonych. Mięsień odporności psychicznej, podobnie jak mięśnie fizyczne, potrzebuje oporu, aby rosnąć. Jeśli dziecko nigdy nie przegra w grę planszową, nie dostanie jedynki za brak zadania lub nie usłyszy „nie” w sklepie, jego mózg nie wypracuje mechanizmów radzenia sobie z kortyzolem (hormonem stresu). W efekcie, gdy taka osoba kończy 18 lat i nagle trafia na rynek pracy lub studia, gdzie nikt nie stosuje taryfy ulgowej, przeżywa szok adaptacyjny.
Druga część pytania dotyczy fundamentów systemu edukacji. Tutaj pojawia się ogromna niespójność. Z jednej strony mówi się o „szkołach przyjaznych”, a z drugiej – polski system wciąż mocno trzyma się pruskiego modelu opartego na kontroli i karaniu za błędy.
Odpowiedzi ustne przy tablicy, niezapowiedziane kartkówki i sprawdziany to sytuacje o wysokim poziomie stresu, które często nie służą sprawdzeniu wiedzy, a jedynie jej wyegzekwowaniu w warunkach presji. System oceniania (skala 1–6) jest z natury zero-jedynkowy: albo odniosłeś sukces, albo poniosłeś porażkę. Brakuje w nim miejsca na „bezpieczny błąd”, czyli sytuację, w której uczeń może się pomylić, wyciągnąć wnioski i spróbować jeszcze raz bez negatywnych konsekwencji w dzienniku.
Eksperci często pomijają ten aspekt, ponieważ zmiana systemu oceniania wymagałaby rewolucji systemowej, a nie tylko kosmetycznych zmian w programie. Łatwiej jest zalecić „zmniejszenie ilości prac domowych” niż przebudować całą strukturę egzaminów zewnętrznych, które są głównym źródłem stresu dla uczniów, nauczycieli i rodziców.
Prawdziwa nauka radzenia sobie ze stresem nie polega na jego unikaniu, ale na przeżywaniu go w kontrolowanych dawkach. Psychologia nazywa to „optymalnym wyzwaniem”. Jeśli poprzeczka jest za wysoko – dziecko się załamuje. Jeśli jest za nisko – nudzi się i nie rozwija.
Kluczem do sukcesu, który często umyka w debacie publicznej, jest rola dorosłego jako przewodnika, a nie tarczy. Zamiast usuwać sprawdzian z kalendarza, rolą dorosłych powinno być nauczenie dziecka:
Nassim Taleb, znany myśliciel i statystyk, wprowadził pojęcie „antykruchości”. Systemy kruche pękają pod wpływem stresu. Systemy odporne wytrzymują go. Natomiast systemy antykruche – takie jak ludzki układ odpornościowy czy psychika – stają się lepsze i silniejsze właśnie dzięki ekspozycji na zmienność i stres. Chroniąc dzieci przed każdym dyskomfortem, odbieramy im szansę na stanie się antykruchymi.
Moment wejścia w dorosłość staje się dla wielu młodych ludzi traumatyczny, ponieważ nagle kończy się parasol ochronny. W pracy nikt nie pyta o samopoczucie przed delegowaniem trudnego zadania, a błędy mogą skutkować utratą finansów lub posady.
Osoby, które w szkole były chronione przed każdą trudną sytuacją, często wykazują się tzw. wyuczoną bezradnością. Gdy napotykają pierwszy poważny problem w dorosłym życiu, ich pierwszą reakcją nie jest próba rozwiązania go, lecz wycofanie się lub paraliż decyzyjny. To właśnie dlatego tak ważne jest, aby debata o edukacji wróciła na tory „przygotowania do życia”, a nie tylko „przetrwania do matury”.
Zamiast dążyć do całkowitej eliminacji stresu, warto postulować o zmianę jego charakteru. Stres w szkole powinien być „stresem rozwojowym” (eustresem), a nie „stresem niszczącym” (dystresem).
Wymaga to:
Bez tych zmian będziemy produkować pokolenia, które świetnie radzą sobie w sterylnych warunkach, ale gubią się przy pierwszym silniejszym podmuchu wiatru, jaki niesie ze sobą dorosłe życie.