Gość (83.4.*.*)
Temat powrotu Wielkiej Brytanii do struktur Unii Europejskiej, często określany mianem „Breturn”, regularnie powraca w debacie publicznej po obu stronach kanału La Manche. Choć politycznie wydaje się to obecnie odległą perspektywą, procedury prawne są jasne. Wielka Brytania, opuszczając Wspólnotę, stała się dla niej „państwem trzecim”, co oznacza, że proces ponownego dołączenia nie byłby prostą reaktywacją starego członkostwa, lecz pełną procedurą akcesyjną, taką samą, jaką przechodzą inne kraje kandydujące.
Podstawą prawną dla każdego państwa chcącego dołączyć do UE jest Artykuł 49 Traktatu o Unii Europejskiej. Zgodnie z jego zapisami, każde państwo europejskie, które szanuje wartości demokratyczne (takie jak wolność, praworządność i prawa człowieka) i zobowiązuje się je wspierać, może złożyć wniosek o członkostwo.
Warto podkreślić, że Wielka Brytania nie mogłaby liczyć na „ścieżkę na skróty”. Musiałaby przejść przez wszystkie etapy: od uzyskania statusu kandydata, przez wieloletnie negocjacje, aż po ratyfikację traktatu akcesyjnego przez wszystkie państwa członkowskie oraz Parlament Europejski.
Aby Wielka Brytania mogła realnie myśleć o powrocie, musiałaby spełnić tzw. kryteria kopenhaskie, ustalone w 1993 roku. Dzielą się one na trzy główne obszary:
To prawdopodobnie najtrudniejszy punkt dla brytyjskich polityków. Przed Brexitem Wielka Brytania cieszyła się licznymi „opt-outami” (wyłączeniami). Miała słynny rabat budżetowy (wynegocjowany jeszcze przez Margaret Thatcher), nie należała do strefy Schengen i, co najważniejsze, zachowała funta szterlinga.
W przypadku ponownego przystąpienia, Unia Europejska prawdopodobnie wymagałaby od Londynu:
Istnieje koncepcja tzw. „modelu norweskiego” (członkostwo w Europejskim Obszarze Gospodarczym), który pozwala na dostęp do wspólnego rynku bez bycia pełnoprawnym członkiem UE. Jednak wiąże się to z koniecznością wpłacania składek i przestrzegania unijnych zasad bez prawa głosu przy ich tworzeniu – co dla wielu Brytyjczyków jest jeszcze trudniejsze do zaakceptowania niż pełne członkostwo.
Nawet jeśli Wielka Brytania spełniłaby wszystkie wymogi techniczne i prawne, na samym końcu drogi czeka bariera polityczna. Przyjęcie nowego członka wymaga jednomyślnej zgody wszystkich 27 państw UE.
W praktyce oznacza to, że każde państwo (np. Francja, Hiszpania czy Polska) mogłoby zawetować powrót Londynu, jeśli uznałoby, że nie leży to w jego interesie narodowym lub jeśli istniałyby nierozwiązane spory bilateralne (np. dotyczące rybołówstwa czy statusu Gibraltaru). Unia musiałaby mieć pewność, że Wielka Brytania tym razem wchodzi do wspólnoty „na dobre” i nie będzie hamować procesów integracyjnych, co często zarzucano jej w przeszłości.
Im dłużej Wielka Brytania pozostaje poza UE, tym trudniejszy staje się powrót. Zjawisko to nazywa się „divergence” (rozbieżność). Brytyjski rząd sukcesywnie zmienia przepisy dotyczące ochrony środowiska, praw pracowniczych czy standardów produktów, aby różniły się od tych unijnych. Powrót wymagałby gigantycznej operacji legislacyjnej, polegającej na ponownym dostosowaniu całego brytyjskiego prawa do norm Brukseli, co mogłoby zająć lata intensywnej pracy parlamentarnej.