Gość (37.30.*.*)
Wiele osób kojarzy dżumę wyłącznie z mrocznymi czasami średniowiecza, maskami lekarzy przypominającymi ptasie dzioby i tragicznymi opisami w podręcznikach do historii. Mogłoby się wydawać, że choroba, która w XIV wieku wybiła niemal połowę populacji Europy, dawno odeszła w zapomnienie dzięki nowoczesnej medycynie. Rzeczywistość jest jednak inna: dżuma nadal występuje w XXI wieku i choć nie wywołuje już tak niszczycielskich pandemii, wciąż stanowi realne zagrożenie w niektórych częściach świata.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), co roku na świecie odnotowuje się od 1000 do 2000 przypadków zachorowań na dżumę. Choć liczby te mogą wydawać się niewielkie w skali globalnej, pokazują one wyraźnie, że bakteria Yersinia pestis (pałeczka dżumy) wciąż krąży w środowisku naturalnym.
Obecnie dżuma występuje endemicznie na trzech kontynentach: w Afryce, Azji oraz w obu Amerykach. Najwięcej przypadków notuje się w Afryce, a krajem najbardziej dotkniętym tą chorobą jest Madagaskar. To właśnie tam niemal co roku dochodzi do sezonowych wzrostów zachorowań, a w 2017 roku miała miejsce wyjątkowo groźna epidemia, która objęła również tereny miejskie. Inne kraje, w których dżuma regularnie powraca, to Demokratyczna Republika Konga oraz Peru.
Co ciekawe, dżuma nie omija krajów wysoko rozwiniętych. W Stanach Zjednoczonych co roku odnotowuje się średnio siedem przypadków zachorowań, głównie w stanach zachodnich i południowo-zachodnich, takich jak Arizona, Kalifornia, Kolorado czy Nowy Meksyk.
Mechanizm przenoszenia dżumy nie zmienił się od wieków, choć nasze otoczenie wygląda zupełnie inaczej. Głównym rezerwuarem bakterii są dzikie gryzonie – szczury, wiewiórki ziemne, pieski preriowe czy świstaki. Bakteria przenosi się na ludzi najczęściej za pośrednictwem pcheł, które wcześniej żerowały na zarażonym zwierzęciu.
W XXI wieku do zakażeń dochodzi zazwyczaj w wyniku:
Największą różnicą między średniowieczem a współczesnością jest dostęp do antybiotyków. Dziś dżuma jest chorobą całkowicie uleczalną, pod warunkiem, że zostanie szybko zdiagnozowana. Nowoczesna medycyna dysponuje skutecznymi lekami (takimi jak streptomycyna czy gentamycyna), które potrafią zwalczyć infekcję w ciągu kilku dni.
Problem pojawia się jednak w regionach o utrudnionym dostępie do opieki medycznej. Bez podania antybiotyków dżuma dymienicza ma śmiertelność na poziomie 30-60%, natomiast dżuma płucna jest niemal zawsze śmiertelna w ciągu zaledwie 24-72 godzin od wystąpienia pierwszych objawów. Dlatego kluczowy jest czas reakcji i świadomość zagrożenia.
W ostatnich latach media kilkakrotnie obiegały informacje o nagłych kwarantannach w Mongolii lub Chinach. Powodem były zazwyczaj przypadki dżumy u osób, które zjadły surowe mięso świstaka. W tamtejszej kulturze ludowej wierzy się niekiedy, że niektóre organy tych zwierząt mają właściwości lecznicze. Niestety, świstaki są jednymi z głównych nosicieli Yersinia pestis w Azji Środkowej, co sprawia, że takie tradycje bywają śmiertelnie niebezpieczne.
Wiele chorób zakaźnych udało się wyeliminować dzięki szczepionkom (jak ospę prawdziwą) lub masowej higienie. Z dżumą jest jednak trudniej, ponieważ jej głównym domem nie są ludzie, lecz dzika przyroda. Dopóki bakteria krąży w populacjach gryzoni na ogromnych obszarach stepów, lasów i pustyń, całkowite jej wyeliminowanie jest praktycznie niemożliwe.
Współczesne zagrożenie dżumą jest monitorowane przez globalne systemy nadzoru epidemiologicznego. Choć scenariusz wielkiej pandemii rodem z filmów katastroficznych jest mało prawdopodobny dzięki antybiotykom i szybkiej izolacji chorych, dżuma pozostaje przypomnieniem, że natura wciąż potrafi być nieprzewidywalna.
Warto pamiętać, że podróżując do regionów endemicznych, należy unikać kontaktu z dzikimi zwierzętami i stosować repelenty na pchły. Choć dżuma w XXI wieku brzmi jak anachronizm, dla wielu społeczności na świecie wciąż stanowi element codziennej rzeczywistości zdrowotnej.