Gość (83.4.*.*)
Siedzenie w poczekalni, gdy godzina Twojej wizyty minęła już kwadrans temu, potrafi wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej cierpliwą osobę. Spoglądasz na zegarek, potem na zamknięte drzwi gabinetu i zastanawiasz się: „Co oni tam tyle robią?”. Choć może się wydawać, że lekarz po prostu ucina sobie pogawędkę przy kawie, rzeczywistość wewnątrz gabinetu jest zazwyczaj znacznie bardziej skomplikowana. Opóźnienia w przychodniach to problem systemowy, ale u jego podstaw leży kilka bardzo konkretnych powodów, dla których lekarze decydują się poświęcić jednemu pacjentowi więcej czasu, niż przewiduje grafik.
Najczęstszym powodem przedłużających się wizyt jest fakt, że pacjenci nie zawsze przychodzą z jednym, jasno określonym problemem. Często zdarza się, że ktoś zapisuje się na wizytę z powodu „bólu gardła”, a w trakcie wywiadu okazuje się, że od tygodnia ma też duszności i wysokie ciśnienie. Lekarz nie może zignorować takich sygnałów tylko dlatego, że czas przeznaczony na wizytę dobiega końca.
W medycynie istnieje też zjawisko zwane „syndromem klamki”. Polega ono na tym, że pacjent przez całą wizytę omawia błahe sprawy, a dopiero trzymając już za klamkę przy wyjściu, rzuca: „Aha, panie doktorze, i jeszcze od miesiąca drętwieje mi lewa ręka i piecze w klatce piersiowej”. W takim momencie lekarz musi zareagować, co automatycznie przesuwa całą kolejkę.
Współczesna medycyna to nie tylko badanie pacjenta, ale przede wszystkim ogromna ilość pracy administracyjnej. Wypisanie recepty to tylko wierzchołek góry lodowej. Lekarz musi:
Systemy informatyczne w przychodniach bywają zawodne lub wolne, a każda minuta spędzona na „kręcącym się kółeczku” na ekranie monitora to minuta opóźnienia dla kolejnego pacjenta. Co więcej, niektóre procedury, jak np. wystawienie wniosku o sprzęt rehabilitacyjny czy sanatorium, są wyjątkowo czasochłonne.
Nie każda wizyta jest taka sama, bo nie każdy pacjent ma takie same możliwości komunikacyjne. Osoby starsze często potrzebują więcej czasu, by zrozumieć dawkowanie leków lub opisać swoje dolegliwości. Lekarz musi wykazać się cierpliwością, powtórzyć zalecenia kilka razy lub zapisać je wyraźnie na kartce.
Podobnie sytuacja wygląda w przypadku pacjentów onkologicznych lub osób z chorobami przewlekłymi, u których diagnoza jest trudna, a schemat leczenia skomplikowany. W takich przypadkach 15 czy 20 minut przewidziane przez system NFZ jest po prostu nierealne. Lekarze często stają przed dylematem: być „urzędnikiem” pilnującym zegarka czy „lekarzem” ratującym zdrowie. Większość wybiera to drugie, nawet kosztem gniewu osób w poczekalni.
W wielu polskich przychodniach POZ (Podstawowej Opieki Zdrowotnej) na jednego pacjenta przeznacza się średnio od 10 do 15 minut. Badania wykazują jednak, że rzetelna wizyta, obejmująca wywiad, badanie fizykalne i formalności, powinna trwać minimum 20-25 minut. Ta rozbieżność jest głównym źródłem powstawania kolejek.
Przychodnia to nie tylko planowe wizyty. Czasami do gabinetu wchodzi pacjent „bez kolejki”, ponieważ jego stan jest nagły – np. silna reakcja alergiczna, uraz wymagający opatrzenia czy bardzo wysokie ciśnienie zagrażające życiu. W takich sytuacjach lekarz ma obowiązek udzielić pomocy natychmiast, co wywraca harmonogram dnia do góry nogami.
Dodatkowo lekarze w trakcie pracy muszą czasem odbierać telefony z laboratorium (np. o krytycznych wynikach badań innego pacjenta) lub konsultować się z innymi specjalistami w pilnych sprawach. Każda taka „wrzutka” to kolejne minuty opóźnienia.
Choć na wiele czynników nie mamy wpływu, jako pacjenci możemy pomóc lekarzowi sprawniej przeprowadzić wizytę. Oto kilka sprawdzonych sposobów:
Opóźnienia pod gabinetem są frustrujące, ale warto pamiętać, że ten sam lekarz, który dziś „przedłuża” wizytę komuś innemu, jutro może poświęcić dodatkowe 10 minut Tobie, gdy będziesz tego naprawdę potrzebować. To wyraz profesjonalizmu i empatii, a nie braku szacunku dla czasu oczekujących.