Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas zna to uczucie: siadamy przy biurku, początkowo staramy się trzymać prosto, ale po godzinie orientujemy się, że zwisamy na krześle w pozycji przypominającej paragraf. Co najdziwniejsze, w tym momencie ta teoretycznie „zła” pozycja wydaje nam się najwygodniejsza na świecie. Czy to oznacza, że nasze ciało faktycznie ją polubiło? Odpowiedź jest złożona i łączy w sobie biologię, neurologię oraz czystą mechanikę ludzkiego organizmu. Twierdzenie, że ciało „przyzwyczaja się i zaczyna preferować” niewygodną pozycję, zawiera w sobie sporo prawdy, ale diabeł tkwi w szczegółach tego, co rozumiemy przez słowo „preferować”.
Ludzki organizm jest zaprogramowany na przetrwanie i maksymalną oszczędność energii. Jeśli regularnie przebywamy w określonej pozycji, nasze ciało uznaje ją za nową normę. Nie dzieje się to jednak dlatego, że ta pozycja jest dla nas zdrowa, ale dlatego, że mózg stara się zoptymalizować wysiłek mięśniowy.
Kiedy siedzimy w sposób nienaturalny, niektóre mięśnie ulegają chronicznemu skróceniu (np. mięśnie piersiowe czy zginacze bioder), a inne nadmiernemu rozciągnięciu i osłabieniu (np. mięśnie między łopatkami). Z czasem tkanka powięziowa, która otacza nasze mięśnie, zaczyna się przebudowywać, aby „usztywnić” tę nową strukturę. W efekcie powrót do prawidłowej, wyprostowanej postawy zaczyna wymagać od nas dużego wysiłku i staje się... niewygodny. To właśnie ten moment, w którym błędnie interpretujemy brak wysiłku jako „lubienie” danej pozycji przez ciało.
Kluczowym graczem w tym procesie jest propriocepcja, czyli nasz zmysł czucia głębokiego. To dzięki niemu wiemy, gdzie znajdują się nasze ręce czy nogi bez patrzenia na nie. Mózg posiada wewnętrzną mapę ciała, która stale się aktualizuje. Jeśli przez większość dnia siedzimy zgarbieni, mózg przesuwa punkt odniesienia dla tego, co uznaje za „neutralne”.
Po pewnym czasie, gdy spróbujesz się wyprostować, Twój układ nerwowy może wysłać sygnał ostrzegawczy: „Uwaga, to jest nienaturalne!”. Dla mózgu nowym „zerem” stała się krzywa pozycja. To zjawisko nazywamy błędem reprezentacji schematu ciała. Ciało nie tyle „lubi” tę pozycję, co po prostu przestało z nią walczyć, uznając ją za stan najmniejszego oporu.
Istnieje kilka powodów, dla których „zła” pozycja wydaje się lepsza:
Warto zaznaczyć, że ciało nigdy nie „polubi” pozycji, która realnie uszkadza tkanki w sposób nagły. Będzie jednak tolerować i adaptować się do pozycji, które niszczą nas powoli. To, co nazywamy „preferencją”, jest w rzeczywistości patologiczną adaptacją.
Ciekawostką jest fakt, że u osób spędzających długie godziny przed komputerem wykształca się tzw. „zespół górnego skrzyżowania”. Ich ciało fizycznie zmienia kształt – klatka piersiowa zapada się, a głowa wysuwa do przodu. Dla takiej osoby siedzenie prosto jest fizycznie bolesne, ponieważ jej struktury anatomiczne (powięź, ścięgna) dosłownie skróciły się, dostosowując do siedzącego trybu życia. W tym przypadku „preferencja” jest wynikiem fizycznego ograniczenia zakresu ruchu.
Choć może się wydawać, że oszukaliśmy system i znaleźliśmy wygodę w niewygodzie, rachunek zawsze przychodzi z opóźnieniem. Adaptacja do nieprawidłowej pozycji prowadzi do:
Podsumowując, twierdzenie, że ciało przyzwyczaja się do niewygodnej pozycji, jest prawdziwe pod kątem neurologicznym i strukturalnym. Nie jest to jednak proces „polubienia” czegoś dobrego, a raczej proces rezygnacji organizmu z walki o optymalne ustawienie na rzecz oszczędzania energii w krótkim terminie. To, co odczuwamy jako komfort w złej pozycji, jest zazwyczaj jedynie brakiem aktywnego oporu tkanek, które zdążyły się już do tego błędu dostosować.