Gość (188.146.*.*)
Pytanie o to, czy Unia Europejska stanie się kiedyś jednolitym państwem, a jej mieszkańcy jednym narodem, od dekad dzieli politologów, socjologów i samych obywateli. Obecnie Unia jest tworem unikalnym w skali globalnej – nazywa się ją organizacją sui generis, co z łaciny oznacza „jedyne w swoim rodzaju”. Nie jest już tylko luźnym związkiem państw, ale wciąż daleko jej do klasycznej federacji, jaką są na przykład Stany Zjednoczone. Przyjrzyjmy się, jakie kroki zostały już podjęte, a co stanowi barierę niemal nie do przejścia.
Z punktu widzenia teorii państwa, aby dany twór uznać za państwo, musi on posiadać trzy elementy: terytorium, ludność i władzę suwerenną. Unia ma terytorium (granice zewnętrzne strefy Schengen) oraz ludność (ponad 440 milionów obywateli). Problem pojawia się przy suwerenności.
Obecnie UE posiada wiele atrybutów państwowości:
Czego zatem brakuje? Przede wszystkim Unia nie ma „monopolu na przemoc legalną”, czyli własnej armii i policji podległej wyłącznie Brukseli. Nie ma też pełnej suwerenności fiskalnej – choć posiada własny budżet, nie może nakładać bezpośrednich podatków na obywateli w taki sposób, jak robią to państwa narodowe. Kluczowe decyzje w polityce zagranicznej czy obronnej wciąż wymagają jednomyślności państw członkowskich, co oznacza, że każde państwo zachowuje prawo weta.
Stworzenie państwa to proces polityczny, ale stworzenie narodu to proces społeczny i kulturowy, który zazwyczaj trwa wieki. Naród definiuje się przez wspólną historię, język, kulturę i mitologię narodową. W przypadku Europy sprawa jest skomplikowana.
Współczesna tożsamość Europejczyków jest zazwyczaj „wielopoziomowa”. Większość z nas czuje się najpierw Polakami, Francuzami czy Włochami, a dopiero w drugiej kolejności Europejczykami. Badania Eurobarometru regularnie pokazują, że poczucie bycia obywatelem UE rośnie, zwłaszcza wśród młodych ludzi (tzw. pokolenie Erasmusa), dla których granice są pojęciem abstrakcyjnym.
Główne przeszkody w budowie narodu europejskiego to:
Choć nie mamy wspólnego języka, mamy niemal identyczne paszporty. Od lat 80. XX wieku kraje UE wydają paszporty w kolorze burgundzkim z napisem „Unia Europejska” nad nazwą państwa. To jeden z najsilniejszych symboli przynależności do wspólnoty, który realnie ułatwia życie milionom ludzi na lotniskach całego świata.
W debacie o przyszłości UE ścierają się dwie główne wizje. Pierwsza to federalizacja, czyli dążenie do stworzenia „Stanów Zjednoczonych Europy”. Zwolennicy tego rozwiązania uważają, że tylko jako jeden silny organizm Europa będzie mogła konkurować z potęgami takimi jak USA czy Chiny.
Druga wizja to Europa ojczyzn (konfederacja). Zakłada ona, że Unia powinna pozostać związkiem suwerennych państw, które współpracują gospodarczo, ale zachowują pełną niezależność polityczną i kulturową. Obecnie Unia znajduje się gdzieś pośrodku tych dwóch koncepcji, a każdy kryzys (finansowy, migracyjny czy pandemia) przesuwa środek ciężkości w jedną lub drugą stronę.
Jeśli za cel uznamy powstanie superpaństwa z jednym rządem i jedną armią, to droga jest wciąż bardzo daleka i nie ma pewności, czy kiedykolwiek zostanie ukończona. Opór przed oddaniem resztek suwerenności jest w wielu krajach (nie tylko w Polsce, ale też we Francji czy w Niemczech) bardzo silny.
Z kolei naród europejski w sensie socjologicznym prawdopodobnie nigdy nie zastąpi narodów etnicznych, ale może stać się dla nich silną nadbudową. Coraz częściej myślimy o Europie jako o wspólnym obszarze wartości – takich jak demokracja, rządy prawa i wolności osobiste. W tym sensie „bycie Europejczykiem” staje się wyborem cywilizacyjnym, a nie tylko kwestią zamieszkania na danym kontynencie.
Podsumowując, Unia Europejska jest obecnie w fazie „pomiędzy”. Jest zbyt zintegrowana, by być tylko organizacją międzynarodową, i zbyt podzielona, by być państwem. To polityczne laboratorium, którego wynik poznamy prawdopodobnie dopiero za kilka pokoleń.