Gość (37.30.*.*)
Wizja państwa, w którym granica między rządem a gigantyczną korporacją ulega całkowitemu zatarciu, a na jego czele stoi dziedziczny lub dożywotni władca dysponujący najnowocześniejszą technologią, to motyw często spotykany w literaturze cyberpunkowej. Jednak w naukach politycznych i socjologii model ten, nazywany czasem neokameralizmem lub neo-feudalizmem technologicznym, staje się przedmiotem poważnych analiz. To system, w którym państwo przestaje być wspólnotą obywatelską, a staje się sprawnie zarządzanym przedsiębiorstwem, gdzie „obywatel” zostaje zastąpiony przez „klienta” lub „udziałowca”.
Wysoko rozwinięta monarchia technologiczno-korporacyjna opiera się na trzech filarach: absolutnej władzy jednostki, dominacji logiki rynkowej oraz totalnym wykorzystaniu technologii do zarządzania społeczeństwem. W takim systemie władca (często nazywany CEO-Monarchą) nie wywodzi swojej legitymacji z woli ludu, lecz z prawa własności do terytorium i infrastruktury państwa.
Kluczową cechą jest algorytmiczne zarządzanie. Decyzje polityczne nie są wynikiem debat parlamentarnych, lecz analizy Big Data. Systemy sztucznej inteligencji optymalizują gospodarkę, ruch uliczny, a nawet przydział zasobów medycznych w czasie rzeczywistym. Kolejnym elementem jest prywatyzacja suwerenności – policja, sądy i wojsko są działami korporacyjnymi, których celem jest ochrona aktywów firmy-państwa i zapewnienie stabilności niezbędnej do generowania zysku.
W praktyce życie w takim systemie przypomina funkcjonowanie na terenie wielkiego, luksusowego kampusu technologicznego, który jest jednocześnie państwem. Miasta to zazwyczaj „Smart Cities” o najwyższym stopniu zaawansowania. Każdy krok mieszkańca jest monitorowany, co pozwala na utrzymanie niemal zerowej przestępczości, ale kosztem całkowitego braku prywatności.
System prawny opiera się na umowach licencyjnych (EULA) zamiast tradycyjnych konstytucji. Złamanie regulaminu państwa może skutkować natychmiastowym „wypowiedzeniem subskrypcji” na usługi publiczne, co w świecie zdominowanym przez technologię oznacza cyfrowy i społeczny niebyt. Walutą często są wewnętrzne tokeny korporacyjne, a status społeczny wyznacza system punktowy (Social Credit Score), który premiuje lojalność i produktywność.
Edukacja i ochrona zdrowia są na najwyższym poziomie, ale są ściśle sprofilowane pod kątem potrzeb korporacji. Jeśli system uzna, że dany osobnik ma predyspozycje do bycia inżynierem kwantowym, jego ścieżka życiowa zostaje zaprogramowana od najmłodszych lat.
Choć wizja ta może wydawać się przerażająca, posiada cechy, które dla niektórych grup mogą być niezwykle atrakcyjne:
Cena za porządek i nowoczesność jest w tym modelu niezwykle wysoka i dotyka podstawowych wartości ludzkich:
Warto zauważyć, że niektóre elementy tego modelu już dziś pojawiają się w rzeczywistości. Giganci technologiczni z Doliny Krzemowej budują własne osiedla dla pracowników, a systemy kredytu społecznego są testowane w różnych częściach świata. Monarchia technologiczna to ekstremalna ekstrapolacja tych trendów – wizja świata, w którym wolność zostaje wymieniona na najwyższej jakości usługi i iluzoryczne bezpieczeństwo pod okiem wszechwiedzącego algorytmu i jego właściciela.
Ciekawostką jest fakt, że niektórzy myśliciele z nurtu neoreakcyjnego (tzw. Dark Enlightenment), jak Nick Land czy Curtis Yarvin, otwarcie postulują zastąpienie demokracji właśnie modelem państwa-korporacji zarządzanego przez jednoosobowy zarząd, argumentując, że jest to jedyny sposób na przetrwanie cywilizacji w dobie nadchodzącej osobliwości technologicznej. Nie mogę jednak zweryfikować, czy jakikolwiek współczesny kraj planuje oficjalne przejście na taki ustrój w najbliższym czasie, gdyż oficjalne doktryny państwowe zazwyczaj trzymają się tradycyjnych nazewnictw politycznych.