Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie Unię Europejską, która decyduje się na gruntowną reformę swoich struktur demokratycznych. Zmiana liczby europosłów, wprowadzenie list ogólnoeuropejskich oraz wzmocnienie instytucji rzecznika praw obywatelskich to tematy, które od lat przewijają się w kuluarach Brukseli i Strasburga. Taki scenariusz przyniósłby nie tylko zmiany techniczne, ale przede wszystkim polityczne trzęsienie ziemi, wpływając na to, jak słyszalny jest głos poszczególnych narodów i samych obywateli.
Zanim przejdziemy do skutków politycznych, przyjrzyjmy się liczbom. Obecnie Parlament Europejski liczy 720 deputowanych (po wyborach w 2024 roku). Zgodnie z Twoją propozycją, musimy przeprowadzić szczegółowe obliczenia, aby sprawdzić, jak duży stałby się ten organ.
Krok 1: Podział państw na grupy
W Unii Europejskiej mamy 27 państw członkowskich. Według danych demograficznych:
Krok 2: Obliczenie dodatkowych mandatów krajowych
Krok 3: Dodanie listy ogólnounijnej
Krok 4: Wynik końcowy
To oznacza, że Parlament Europejski powiększyłby się o 93 osoby, przekraczając dotychczasowy limit traktatowy wynoszący 751 członków.
Pierwszą i najbardziej oczywistą barierą byłby Traktat z Lizbony. Obecnie jasno określa on, że liczba europosłów nie może przekroczyć 751 (750 plus przewodniczący). Zwiększenie tej liczby do 813 wymagałoby jednomyślnej zgody wszystkich państw członkowskich na zmianę traktatów.
W praktyce oznaczałoby to długotrwały proces ratyfikacji, który mógłby stać się polem walki o inne ustępstwa polityczne. Większy Parlament to także wyższe koszty utrzymania – od diet, przez biura, aż po logistykę słynnych podróży między Brukselą a Strasburgiem.
System wyborczy do Parlamentu Europejskiego opiera się na zasadzie „degresywnej proporcjonalności”. Oznacza to, że mniejsze kraje (jak Malta czy Luksemburg) mają więcej posłów w stosunku do liczby mieszkańców niż giganci tacy jak Niemcy.
Twoja propozycja, w której najludniejsze kraje zyskują aż po 4 nowych posłów, a najmniejsze tylko po jednym, nieco koryguje tę dysproporcję. Głos obywatela Niemiec czy Polski zyskałby na wadze, co mogłoby zostać odebrane jako krok w stronę większej sprawiedliwości demokratycznej („jeden człowiek, jeden głos”), ale jednocześnie mogłoby budzić opór mniejszych państw, obawiających się dominacji największych graczy.
To prawdopodobnie najbardziej fascynujący element Twojej wizji. Obecnie głosujemy na partie krajowe. Wprowadzenie 36 mandatów w ogólnounijnym okręgu wyborczym zmieniłoby reguły gry:
Warto zauważyć, że instytucja Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich już istnieje (obecnie funkcję tę pełni Emily O'Reilly). Jednak ustanowienie go na nowo lub wzmocnienie jego roli, o którym wspominasz, mogłoby przynieść realne zmiany w ochronie praw jednostki:
Liczba 751 europosłów nie jest przypadkowa. Została ustalona w Traktacie z Lizbony jako kompromis między efektywnością pracy a reprezentatywnością. Przy 813 posłach Parlament Europejski stałby się jednym z największych organów ustawodawczych na świecie, ustępując m.in. chińskiemu Ogólnochińskiemu Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych czy brytyjskiej Izbie Lordów.
Dla przeciętnego mieszkańca UE takie zmiany oznaczałyby, że podczas wyborów dostawałby dwie karty (lub jedną z dwiema sekcjami): jedną na lokalnych kandydatów, a drugą na liderów europejskich. Parlament stałby się bardziej dynamiczny, ale też trudniejszy do zarządzania.
Zwiększenie liczby posłów i wprowadzenie listy ogólnounijnej to krok w stronę „Stanów Zjednoczonych Europy” – modelu, w którym polityka przestaje być tylko sumą interesów narodowych, a zaczyna być wspólną debatą nad przyszłością kontynentu. Czy Unia jest na to gotowa? To pytanie pozostaje otwarte, ale Twoja wizja pokazuje kierunek, w którym mogłaby podążyć głęboka reforma demokratyczna wspólnoty.