Gość (37.30.*.*)
Temat opodatkowania transferów pieniężnych poza granice kraju co jakiś czas powraca w debacie publicznej, budząc spore emocje zarówno wśród ekonomistów, jak i zwykłych obywateli. Choć obecnie w Polsce nie istnieje jeden, uniwersalny podatek od każdego przelewu zagranicznego, dyskusje o uszczelnianiu systemu podatkowego i zatrzymywaniu kapitału w kraju sprawiają, że warto przyjrzeć się temu zagadnieniu bliżej. Czy takie rozwiązanie jest w ogóle możliwe do wprowadzenia i jakie niosłoby ze sobą konsekwencje?
Koncepcja opodatkowania pieniędzy wypływających z kraju opiera się na prostym założeniu: państwo chce, aby wypracowane na jego terenie zyski były tu reinwestowane lub konsumowane, a nie transferowane do zagranicznych spółek-matek czy na prywatne konta w rajach podatkowych. W teorii taki podatek miałby uderzać przede wszystkim w wielkie korporacje, które stosują optymalizację podatkową, wyprowadzając dywidendy, opłaty licencyjne czy koszty usług doradczych poza polski system bankowy.
W praktyce jednak diabeł tkwi w szczegółach. Gdyby taki podatek został sformułowany zbyt ogólnie, mógłby uderzyć rykoszetem w osoby prywatne – na przykład w migrantów zarobkowych przesyłających oszczędności rodzinom za granicę lub w Polaków kupujących nieruchomości czy akcje na zagranicznych giełdach.
To najważniejsza bariera dla wprowadzenia szerokiego podatku od transferów. Polska, jako członek Unii Europejskiej, jest związana zasadą swobodnego przepływu kapitału. Jest to jeden z fundamentów wspólnego rynku, który zabrania państwom członkowskim wprowadzania ograniczeń w płatnościach i transferach pieniężnych między krajami UE, a także między krajami UE a państwami trzecimi.
Wprowadzenie bezpośredniego „podatku od przelewu” byłoby najprawdopodobniej uznane przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za złamanie traktatów. Państwa mogą jednak stosować pewne mechanizmy kontrolne i podatkowe, o ile służą one walce z oszustwami podatkowymi lub praniem brudnych pieniędzy, ale muszą one być proporcjonalne i nie mogą dyskryminować transferów zagranicznych względem krajowych.
Warto wiedzieć, że w Polsce funkcjonuje już pewna forma „podatku od wyjścia”, znana jako exit tax (podatek od niezrealizowanych zysków kapitałowych). Nie dotyczy on jednak każdego przelewu, a sytuacji, w której podatnik (osoba fizyczna lub firma) przenosi swoje aktywa lub rezydencję podatkową za granicę, przez co Polska traci prawo do opodatkowania potencjalnych zysków ze sprzedaży tych aktywów.
Jeśli np. polska firma przenosi cenny patent do oddziału w innym kraju, fiskus może zażądać zapłaty podatku od wartości tego patentu, mimo że nie został on jeszcze sprzedany. Dla osób fizycznych exit tax ma zastosowanie zazwyczaj przy majątku o wartości powyżej 4 milionów złotych. To pokazuje, że państwo ma już narzędzia do walki z ucieczką kapitału, ale są one wycelowane w konkretne, wysokokwotowe operacje.
Gdyby rząd zdecydował się na wprowadzenie jakiejś formy opłat od transferów poza system bankowy (np. na konta w instytucjach typu fintech, które nie są zarejestrowane w Polsce), skutki mogłyby być obosieczne:
Głównym argumentem zwolenników jest sprawiedliwość społeczna. Uważają oni, że skoro lokalny przedsiębiorca płaci podatki w Polsce, to globalny gigant nie powinien mieć możliwości bezkarnego transferowania milionów do spółek w Luksemburgu czy na Cyprze. Z kolei przeciwnicy wskazują na ryzyko izolacji finansowej kraju i uderzenie w innowacyjne sektory gospodarki, które opierają się na swobodnej wymianie międzynarodowej.
W ekonomii istnieje pojęcie tzw. podatku Tobina. Pierwotnie miał on dotyczyć wszystkich transakcji walutowych (spot), aby ograniczyć spekulacje na rynkach finansowych. Choć koncepcja ta ma już kilkadziesiąt lat, nigdy nie została w pełni wdrożona na skalę globalną, głównie z obawy przed paraliżem płynności finansowej świata.
W pytaniu pojawia się też wątek transferów „poza polski system bankowy”. Tutaj sprawa jest jeszcze trudniejsza do wyegzekwowania. W dobie globalnych aplikacji finansowych i kryptowalut, granice systemów bankowych stają się płynne. Państwo stara się monitorować te przepływy poprzez raportowanie transakcji powyżej 15 tysięcy euro (obowiązek wynikający z przepisów o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy), ale nałożenie na nie dodatkowego podatku wymagałoby ogromnej infrastruktury cyfrowej i współpracy międzynarodowej.
Podsumowując, choć wizja opodatkowania transferów poza granice kraju może wydawać się kusząca dla budżetu państwa, jej realizacja napotyka na potężne bariery prawne (UE) i ekonomiczne. Obecnie trendem jest raczej uszczelnianie istniejących podatków (jak CIT czy VAT) oraz monitorowanie przepływów pod kątem ich legalności, niż wprowadzanie nowych, bezpośrednich opłat od samego faktu wysłania pieniędzy za granicę. Moja baza wiedzy nie zawiera informacji o konkretnych, gotowych projektach ustaw, które miałyby wprowadzić taki podatek w najbliższych miesiącach, co sugeruje, że temat pozostaje raczej w sferze teoretycznych rozważań politycznych.