Gość (83.4.*.*)
W dobie mediów społecznościowych, gdzie każdy z nas jest w pewnym sensie twórcą własnego wizerunku, granica między prywatnością a kreacją mocno się zatarła. Często zastanawiamy się, dlaczego społeczeństwo tak surowo ocenia osoby, które starają się pokazywać wyłącznie „różową” stronę swojej codzienności. Przecież unikanie publicznego prania brudów wydaje się przejawem klasy i dojrzałości. Problem jednak nie leży w samej chęci zachowania dyskrecji, ale w dysonansie, jaki tworzy sztucznie wykreowany ideał.
Krytyka idealizowania życia nie wynika z tego, że ludzie chcą oglądać nasze kłótnie małżeńskie czy niepozmywane naczynia. Chodzi raczej o poczucie fałszu, które podświadomie wyczuwamy. Kiedy ktoś usilnie kreuje wizerunek życia pozbawionego skaz, wysyła w świat komunikat, który dla wielu jest frustrujący. Odbiorcy, porównując swoje realne, czasem trudne życie z czyimś „wyreżyserowanym” sukcesem, zaczynają czuć się gorzej.
Psychologia nazywa to zjawiskiem porównań społecznych. Jeśli wszyscy wokół udają, że ich życie to pasmo nieustających sukcesów, osoba przeżywająca kryzys może poczuć się odizolowana i „wybrakowana”. Krytyka takiego zachowania jest więc mechanizmem obronnym społeczeństwa, które domaga się prawdy, by móc poczuć wspólnotę doświadczeń – także tych trudnych.
Warto rozróżnić dwie postawy, które często są ze sobą mylone. Pierwsza to dyskrecja. Polega ona na tym, że nie opowiadamy o swoich problemach każdemu napotkanemu człowiekowi, zachowując intymność dla siebie i najbliższych. To postawa zdrowa i szanowana. Druga to aktywne kreowanie alternatywnej rzeczywistości, czyli pokazywanie, że problemów w ogóle nie ma, a nasze życie jest idealne.
To właśnie ta druga postawa budzi kontrowersje. Dlaczego?
Pojęcie to wywodzi się z Uniwersytetu Stanforda. Opisuje ono studentów, którzy na powierzchni wydają się spokojni, opanowani i odnoszą sukcesy (jak kaczka płynąca po tafli wody), podczas gdy pod wodą desperacko i chaotycznie przebierają nogami, by utrzymać się na powierzchni. Krytyka idealnego wizerunku często uderza właśnie w ten mechanizm, który promuje sukces kosztem ogromnego stresu i ukrywania prawdy o własnym wysiłku.
Osoba, która za wszelką cenę chce uchodzić za ideał, płaci za to wysoką cenę. Utrzymywanie fasady wymaga ogromnych nakładów energii. Zamiast rozwiązywać realne problemy, taka osoba skupia się na tym, jak te problemy ukryć. To prowadzi do zjawiska zwanego dysonansem poznawczym – wewnętrznego konfliktu między tym, co czujemy, a tym, co pokazujemy światu.
Długofalowe skutki mogą być poważne: od stanów lękowych, przez depresję, aż po wypalenie emocjonalne. Krytyka płynąca z zewnątrz bywa czasem (choć nie zawsze) brutalnym sygnałem od otoczenia, że ta gra jest widoczna i nie przynosi nikomu korzyści.
Czy istnieje droga pomiędzy „praniem brudów” a „udawaniem ideału”? Oczywiście. Kluczem jest autentyczność połączona z wyznaczaniem granic. Można być osobą prywatną i nie dzielić się szczegółami kryzysów, a jednocześnie nie udawać, że jest się nadczłowiekiem.
Bycie „prawdziwym” oznacza przyznanie, że ma się gorsze dni, bez konieczności opisywania ich ze szczegółami. To pokazanie, że sukces jest okupiony pracą, a życie składa się z różnych odcieni. Taka postawa budzi szacunek, bo jest ludzka. Ludzie nie krytykują braku dramatów – krytykują brak prawdy.
W psychologii istnieje ciekawe zjawisko zwane efektem Pratfalla. Mówi ono o tym, że osoby postrzegane jako kompetentne stają się w oczach innych bardziej sympatyczne i atrakcyjne, gdy popełnią drobny błąd lub ujawnią jakąś słabość. Perfekcja bywa onieśmielająca i dystansująca, podczas gdy drobna rysa na wizerunku sprawia, że stajemy się bliżsi innym ludziom.
Podsumowując, krytyka silnej potrzeby kreowania idealnego wizerunku nie jest zachętą do publicznego narzekania. Jest raczej głosem sprzeciwu wobec nierealnych standardów, które wpędzają nas w poczucie winy i izolację. Szukając balansu, warto pamiętać, że szacunek buduje się na prawdzie, a nie na najładniejszym filtrze nałożonym na rzeczywistość.