Gość (83.4.*.*)
Nikola Tesla to postać, która do dziś rozpala wyobraźnię. Wizjoner, geniusz, a dla niektórych niemal czarodziej technologii, który wyprzedził swoją epokę o całe stulecia. Choć zawdzięczamy mu radio, silnik indukcyjny czy system prądu zmiennego, wiele z jego najbardziej ambitnych pomysłów nigdy nie opuściło fazy szkiców lub nieudanych prototypów. Nie wynikało to jednak wyłącznie z braku funduszy czy oporu ze strony inwestorów takich jak J.P. Morgan. Część projektów Tesli opierała się na założeniach, które z punktu widzenia ówczesnej (a często i dzisiejszej) fizyki były po prostu niemożliwe do zrealizowania w takiej formie, jaką sobie wymarzył.
To prawdopodobnie najsłynniejsza porażka Tesli. Wieża Wardenclyffe miała być sercem Światowego Systemu Bezprzewodowego, który przesyłałby nie tylko informacje, ale przede wszystkim energię elektryczną na dowolną odległość bez użycia kabli. Tesla wierzył, że może wykorzystać Ziemię i jej atmosferę jako gigantyczny przewodnik.
Z punktu widzenia fizyki problem polegał na stratach energii. Tesla zakładał, że uda mu się wywołać rezonans w jonosferze, co pozwoliłoby na przesyłanie prądu z minimalnymi stratami. Jednak prawo odwrotnych kwadratów (natężenie promieniowania maleje wraz z kwadratem odległości od źródła) oraz zjawisko tłumienia fal w atmosferze sprawiały, że wydajność takiego systemu byłaby bliska zeru. Aby zasilić żarówkę na innym kontynencie, wieża musiałaby emitować niewyobrażalne ilości energii, z której większość po prostu rozproszyłaby się w przestrzeni. Choć dziś korzystamy z ładowarek indukcyjnych czy Wi-Fi, działają one na bardzo krótkich dystansach lub przesyłają jedynie dane, a nie moc przemysłową.
W latach 30. XX wieku Tesla ogłosił stworzenie broni, która miała położyć kres wszystkim wojnom. „Teleforce” miał być systemem emitującym wiązkę cząsteczek o tak wielkiej energii, że byłaby ona w stanie stopić silniki samolotów z odległości setek kilometrów. Tesla twierdził, że nie jest to „promień laserowy” (lasery wtedy nie istniały), ale strumień mikroskopijnych granulek metalu przyspieszanych metodą elektrostatyczną.
Główną barierą była tutaj fizyka wiązki. W warunkach atmosferycznych strumień cząsteczek ulega rozproszeniu przez kolizje z cząsteczkami powietrza. Utrzymanie skupionej, niszczycielskiej wiązki na dystansie większym niż kilka kilometrów wymagałoby próżni lub technologii, której Tesla nie posiadał. Dodatkowo, wytworzenie napięcia rzędu 50 milionów woltów, o którym wspominał, było technicznie niewykonalne przy użyciu ówczesnych izolatorów i generatorów.
Tesla wierzył w pewnym momencie, że proces myślowy tworzy odpowiedni obraz na siatkówce oka, który przy użyciu odpowiedniego urządzenia można by „odczytać” i wyświetlić na ekranie. Twierdził, że jeśli myślimy o jakimś przedmiocie, w naszym oku powstaje jego refleks, który można sfotografować.
Z perspektywy współczesnej neurologii i optyki wiemy, że to niemożliwe. Siatkówka jest receptorem, który odbiera światło i zamienia je na impulsy elektryczne przesyłane do mózgu, a nie ekranem projekcyjnym, na którym mózg wyświetla obrazy. Choć dzisiejsza nauka potrafi w bardzo ograniczonym stopniu rekonstruować obrazy z aktywności kory wizualnej za pomocą fMRI, wizja Tesli o prostym „aparacie do myśli” była czystą fantastyką naukową, niepopartą biologią człowieka.
Tesla wielokrotnie wspominał o stworzeniu pojazdu latającego, który nie posiadałby śmigieł, skrzydeł ani silników spalinowych. Miał on być napędzany całkowicie elektrycznie, czerpiąc energię bezprzewodowo z wież takich jak Wardenclyffe. Opisywał to jako system wykorzystujący „napęd elektrostatyczny”.
Problem polegał na tym, że Tesla nie przedstawił nigdy matematycznego modelu, jak taki napęd miałby generować siłę nośną wystarczającą do pokonania grawitacji. W tamtym czasie gęstość energii w akumulatorach była znikoma, a bezprzewodowy przesył mocy (jak już wiemy) nie działał na dużą skalę. Fizyka lotu wymaga odepchnięcia masy (powietrza lub gazów wylotowych) w dół, aby uzyskać siłę w górę. Tesla zdawał się ignorować te zasady dynamiki Newtona na rzecz niejasnych teorii o eterze.
Warto wiedzieć, że Nikola Tesla do końca życia odrzucał teorię względności Alberta Einsteina. Nazywał ją „wspaniałym matematycznym strojem, który fascynuje, oślepia i sprawia, że ludzie stają się ślepi na błędy leżące u jego podstaw”. Tesla wierzył w istnienie eteru – substancji wypełniającej wszechświat, która miałaby być nośnikiem fal elektromagnetycznych. To właśnie błędne przywiązanie do koncepcji eteru było przyczyną, dla której wiele jego późniejszych projektów dotyczących energii i grawitacji nie miało prawa działać w rzeczywistym świecie.
Wielu historyków nauki zauważa, że pod koniec życia Tesla coraz bardziej polegał na swojej intuicji, a coraz mniej na rygorystycznych obliczeniach i eksperymentach. Jego wczesne sukcesy były oparte na solidnej inżynierii, ale późniejsze wizje dryfowały w stronę metafizyki. Mimo to, jego „porażki” stały się inspiracją dla pokoleń naukowców. Choć nie dostarczył darmowej energii dla każdego, jego prace nad rezonansem i falami radiowymi położyły fundamenty pod świat, w którym dzisiaj żyjemy.