Gość (37.30.*.*)
Świat muzyki klasycznej od dekad zmaga się z pewnym wewnętrznym rozdarciem. Z jednej strony mamy purystów, dla których filharmonia jest świątynią, a partytura tekstem objawionym, którego nie wolno kalać komercją. Z drugiej – artystów, którzy chcą oddychać pełną piersią, eksperymentować z jazzem, pisać muzykę do hollywoodzkich hitów czy występować na stadionach przed tysiącami ludzi. Gdy ci drudzy odnoszą sukces, często spada na nich lawina krytyki. Czy rzeczywiście u jej podstaw leży tylko troska o „wysoką kulturę”, czy może jednak ludzka, prozaiczna zazdrość o pełny portfel i status celebryty?
W tradycyjnym postrzeganiu muzyka klasycznego wciąż pokutuje romantyczny obraz artysty oddanego sztuce bez reszty, często kosztem dóbr materialnych. Kiedy wybitny pianista czy kompozytor nagle zaczyna zarabiać miliony na muzyce filmowej lub zapełnia stadiony jak gwiazda rocka, w środowisku akademickim i krytycznoliterackim zapala się czerwona lampka.
Zazdrość o zarobki jest tu czynnikiem, którego nie da się zignorować. Praca w orkiestrze symfonicznej, mimo ogromnego wysiłku i lat edukacji, rzadko wiąże się z astronomicznymi zarobkami. Widok kolegi po fachu, który dzięki „lżejszemu” repertuarowi osiąga status finansowy niedostępny dla 99% muzyków klasycznych, naturalnie budzi frustrację. Krytyka bywa wtedy mechanizmem obronnym – łatwiej jest uznać czyjąś twórczość za „małowartościową” lub „populistyczną”, niż przyznać, że odniosła ona gigantyczny sukces rynkowy, którego sami po cichu pragniemy.
Nie można jednak sprowadzać wszystkiego wyłącznie do pieniędzy. Środowisko muzyki klasycznej od lat budowało swój prestiż na fundamencie ekskluzywności. Przekonanie, że muzyka klasyczna jest „trudna” i wymaga specjalnego przygotowania, daje słuchaczom i wykonawcom poczucie przynależności do elity.
Kiedy kompozytor taki jak Max Richter czy Ludovico Einaudi upraszcza język muzyczny, by dotrzeć do mas, puryści biją na alarm. Zarzucają im:
Dla wielu krytyków sukces komercyjny jest dowodem na to, że artysta poszedł na skróty. Istnieje niepisana zasada: jeśli coś podoba się wszystkim, to znaczy, że nie może być wybitne. To podejście często maskuje lęk przed utratą statusu „strażników jedynej słusznej sztuki”.
Warto zauważyć, że granica między gatunkami zawsze była płynna. Wielcy kompozytorzy przeszłości, jak Liszt czy Paganini, byli w swoich czasach odpowiednikami dzisiejszych gwiazd rocka – wzbudzali histerię, dbali o wizerunek i zarabiali ogromne pieniądze.
Muzycy angażujący się w jazz czy muzykę filmową często wnoszą do tych gatunków niesamowity warsztat i dyscyplinę. Z kolei ich obecność na stadionach sprawia, że osoby, które nigdy nie weszłyby do filharmonii, zaczynają interesować się brzmieniem orkiestry. Krytyka płynąca ze środowiska często ignoruje ten edukacyjny i popularyzatorski aspekt, skupiając się na „czystości gatunkowej”.
Zjawisko to nie jest nowe. Gdy George Gershwin próbował łączyć jazz z muzyką symfoniczną w „Błękitnej Rapsodii”, wielu krytyków z obu stron barykady było oburzonych. Dla jazzmanów był zbyt „wykształcony”, dla klasyków – zbyt „uliczny”. Dziś jego utwory są żelaznym repertuarem największych sal koncertowych świata, co pokazuje, że czas zazwyczaj działa na korzyść tych, którzy odważyli się wyjść poza schemat.
Podsumowując, zawiść wobec muzyków klasycznych odnoszących sukcesy w mainstreamie to skomplikowana mieszanka kilku czynników. Pieniądze i popularność są najbardziej widocznym zapalnikiem, ale pod spodem kryje się głęboko zakorzeniony elitaryzm oraz lęk przed zmianą świata, w którym hierarchia artystyczna była jasno określona.
Krytyka bywa uzasadniona, gdy artysta faktycznie obniża loty i rezygnuje z jakości na rzecz efektowności. Jednak w wielu przypadkach jest ona po prostu wyrazem bezradności wobec faktu, że współczesny odbiorca szuka w muzyce przede wszystkim emocji i autentyczności, a nie tylko technicznej perfekcji zamkniętej w sztywnych ramach tradycji. Sława i bogactwo w świecie sztuki zawsze będą budzić kontrowersje, zwłaszcza tam, gdzie przez lata pielęgnowano kult skromności i poświęcenia.