Gość (37.30.*.*)
Zygmunt Freud to postać, która do dziś budzi skrajne emocje – od uwielbienia po całkowite odrzucenie. Argument, że jego fiksacja na punkcie seksualności wyrządziła więcej szkody niż pożytku, nie jest nowy i ma swoje solidne podstawy. Aby jednak rzetelnie odpowiedzieć na to stwierdzenie, musimy spojrzeć na ojca psychoanalizy nie jak na współczesnego terapeutę, ale jak na pioniera, który błądził po omacku w czasach, gdy o ludzkiej psychice wiedzieliśmy tyle, co nic.
Z dzisiejszej perspektywy trudno nie zgodzić się z tezą, że Freud widział seks tam, gdzie go nie było. Jego koncepcja popędu (libido) jako głównego motoru napędowego niemal każdego ludzkiego działania – od ssania kciuka przez niemowlę po tworzenie wielkich dzieł sztuki – wydaje się mocno naciągana. Krytycy słusznie zauważają, że sprowadzenie skomplikowanej natury ludzkiej do jednego instynktu jest redukcjonizmem, który mógł prowadzić do błędnych diagnoz i niepotrzebnego poczucia winy u pacjentów.
Największe kontrowersje budziły jego teorie dotyczące rozwoju psychoseksualnego dzieci, w tym słynny kompleks Edypa. Dla wielu współczesnych badaczy dopatrywanie się erotycznego pociągu u kilkulatków było nie tylko błędem naukowym, ale wręcz szkodliwym nadużyciem, które rzucało cień na naturalne relacje w rodzinie.
Zanim jednak uznamy Freuda za postać jednoznacznie negatywną, warto zastanowić się, w jakim świecie żył. Wiedeń przełomu XIX i XX wieku był miejscem skrajnie purytańskim, gdzie o seksie się nie mówiło, a wszelkie potrzeby cielesne były głęboko wypierane. Freud, wprowadzając seksualność do dyskursu naukowego, dokonał swoistej „terapii szokowej” na całym społeczeństwie.
To właśnie dzięki jego odwadze (nawet jeśli podszytej błędnymi założeniami) zaczęliśmy rozumieć, że:
Odpowiadając bezpośrednio na argument o „większej szkodzie”: to zależy, jak mierzymy pożytek. Jeśli oceniamy Freuda jako naukowca w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, to faktycznie – jego teorie są niefalsyfikowalne (nie da się ich udowodnić ani im zaprzeczyć) i często błędne. W tym sensie „zaszkodził” psychologii, kierując ją na tory spekulacji zamiast twardych dowodów na wiele dziesięcioleci.
Jeśli jednak spojrzymy na niego jako na filozofa i twórcę kultury, bilans się zmienia. Freud dał nam narzędzia do rozumienia literatury, sztuki i nas samych. Mechanizmy obronne, takie jak wyparcie, projekcja czy sublimacja, weszły do języka potocznego i są używane przez psychologów różnych nurtów do dziś.
Warto wiedzieć, że Freud nie tylko obsesyjnie interesował się seksem, ale na wczesnym etapie kariery był również entuzjastą kokainy. Uważał ją za cudowny lek na depresję i zmęczenie, a nawet wysyłał ją swojej narzeczonej, by „dodać jej rumieńców”. Dopiero gdy jego przyjaciel uzależnił się i zmarł z powodu przedawkowania, Freud wycofał się z promowania tej substancji. To pokazuje, że miał on skłonność do popadania w skrajne fascynacje, co mogło rzutować również na jego teorie o libido.
Współczesna psychoterapia w dużej mierze odcięła się od freudowskiego panseksualizmu. Nawet nurt psychodynamiczny, który wywodzi się bezpośrednio od Freuda, kładzie dziś większy nacisk na relacje z innymi ludźmi (teoria relacji z obiektem) niż na same popędy seksualne.
Podsumowując, można powiedzieć, że Freud był jak pierwszy projektant samolotu. Jego maszyna była ciężka, nieporęczna i często spadała, ale to on udowodnił, że latanie w ogóle jest możliwe. Choć jego fiksacja na seksie była błędna i mogła prowadzić do nadinterpretacji, to bez tego „wstrząsu” psychologia mogłaby utknąć w martwym punkcie na znacznie dłużej. Freud nie tyle wyrządził szkodę, co stał się koniecznym etapem ewolucji myśli, z którego musieliśmy wyrosnąć, by iść dalej.