Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że pewnego dnia budzisz się i powietrze wokół Ciebie smakuje niemal tak samo, ale świat zaczyna funkcjonować według nieco innych reguł fizyki i biologii. Choć zmiany procentowe, o które pytasz, wydają się kosmetyczne, w skali całej planety wywołałyby one reakcję łańcuchową, która zmieniłaby nasze codzienne życie, bezpieczeństwo, a nawet sposób, w jaki działają nasze organizmy. Przyjrzyjmy się krok po kroku, co stałoby się z Ziemią i z nami, gdyby taki scenariusz stał się rzeczywistością.
Obecnie tlen stanowi około 21% ziemskiej atmosfery. Podniesienie tego poziomu do 21,5% (czyli o 0,5 punktu procentowego) na pierwszy rzut oka nie brzmi groźnie. W końcu w medycynie czy podczas lotów kosmicznych stosuje się znacznie wyższe stężenia. Jednak dla ekosystemu i bezpieczeństwa publicznego byłaby to zmiana drastyczna.
Największym problemem stałaby się palność. Tlen jest paliwem dla ognia. Nawet tak niewielki wzrost stężenia sprawiłby, że materiały, które dziś uważamy za trudnopalne, zaczęłyby płonąć znacznie szybciej i gwałtowniej. Pożary lasów stałyby się niemal niemożliwe do opanowania — wilgotne drewno zapalałoby się łatwiej, a ogień rozprzestrzeniałby się z prędkością, której dzisiejsze służby ratunkowe nie byłyby w stanie sprostać. Każda iskra z silnika czy niedopałek papierosa stawałyby się potencjalnym zarzewiem globalnej katastrofy.
Dla przeciętnego, zdrowego człowieka wzrost tlenu o 0,5% byłby niemal niewyczuwalny w krótkim terminie. Moglibyśmy odnieść wrażenie, że mamy nieco więcej energii, a regeneracja po wysiłku przebiega szybciej. Jednak w dłuższej perspektywie nasz organizm musiałby się zaadaptować.
Tlen w nadmiarze produkuje wolne rodniki, które uszkadzają komórki (stres oksydacyjny). Choć 21,5% to wciąż bezpieczna granica (normy bezpieczeństwa pracy często dopuszczają do 23,5%), ewolucja musiałaby przyspieszyć, aby wzmocnić nasze mechanizmy antyoksydacyjne. Ciekawostką jest fakt, że w okresach geologicznych, gdy tlenu było znacznie więcej (np. w karbonie, ok. 35%), owady osiągały gigantyczne rozmiary, ponieważ ich system oddechowy działał wydajniej. Przy wzroście o 0,5% nie zobaczymy ważek wielkości mew, ale owady mogłyby stać się nieco większe i bardziej żywotne.
Zmniejszenie poziomu azotu z 78% do 77% (spadek o 1 punkt procentowy) wpłynęłoby głównie na ciśnienie parcjalne gazów. Azot pełni w atmosferze rolę "rozcieńczalnika" — hamuje gwałtowność spalania i wypełnia przestrzeń. Jego ubytek oznaczałby, że pozostałe gazy (w tym tlen) stają się relatywnie bardziej aktywne.
W Twoim pytaniu pojawiają się jednak substancje, których obecność w atmosferze wymaga wyjaśnienia:
Podsumowując, gdyby taki scenariusz się ziścił, największe zmiany odczulibyśmy nie w samym procesie oddychania, ale w sposobie funkcjonowania cywilizacji:
W skrócie: oddychałoby nam się całkiem nieźle, ale życie na takiej "tlenowej" Ziemi byłoby jak taniec na beczce prochu — ekscytujące, ale wymagające niezwykłej ostrożności przy każdym użyciu ognia.