Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie świat, w którym każdy oddech daje Ci niesamowity zastrzyk energii, a spacer po lesie przypomina wyprawę do krainy gigantów. Choć brzmi to jak scenariusz filmu science-fiction, Ziemia ma już za sobą taki etap. Około 300 milionów lat temu, w okresie zwanym karbonem, zawartość tlenu w atmosferze wynosiła nawet 35%. Gdybyśmy dzisiaj nagle przeskoczyli z obecnych 21% do poziomu 36%, nasze życie i cała planeta zmieniłyby się nie do poznania – i nie zawsze byłyby to zmiany na lepsze.
Jednym z najbardziej spektakularnych efektów zwiększonej ilości tlenu byłby rozmiar owadów. Dlaczego? Owady nie mają płuc tak jak my; oddychają przez system rurek zwanych tchawkami, które dostarczają tlen bezpośrednio do tkanek za pomocą dyfuzji. Przy obecnym stężeniu tlenu ten proces jest wydajny tylko na krótkich dystansach, co ogranicza wielkość insektów.
Gdyby tlenu było 36%, dyfuzja zachodziłaby znacznie głębiej i szybciej. W efekcie moglibyśmy spotkać ważki o rozpiętości skrzydeł sięgającej 70 centymetrów (jak pradawna Meganeura) czy pająki wielkości psów. Choć dla fanów entomologii brzmi to fascynująco, dla większości z nas letni grill w towarzystwie osy wielkości wróbla byłby prawdziwym koszmarem.
Największym zagrożeniem przy tak wysokim stężeniu tlenu byłaby ekstremalna łatwopalność wszystkiego, co nas otacza. Tlen sam w sobie nie płonie, ale jest doskonałym utleniaczem, który podtrzymuje spalanie. Przy 36% tlenu ogień zachowywałby się zupełnie inaczej niż dzisiaj.
W takich warunkach nawet wilgotne drewno mogłoby z łatwością stanąć w płomieniach. Uderzenie pioruna w lesie nie powodowałoby lokalnego pożaru, ale gigantyczną, trudną do opanowania ścianę ognia. Co więcej, pożary te byłyby znacznie gorętsze i gwałtowniejsze. Naukowcy sugerują, że w okresie karbonu pożary lasów były zjawiskiem powszechnym i niszczycielskim na skalę, której dzisiaj nie potrafimy sobie wyobrazić. Nasza straż pożarna stałaby przed wyzwaniem niemal niemożliwym do pokonania.
Na krótka metę – prawdopodobnie tak. Więcej tlenu we krwi oznacza lepszą wydolność mięśni, szybszą regenerację i niesamowitą jasność umysłu. Sportowcy mogliby bić rekordy świata bez większego wysiłku, a my rzadziej czulibyśmy zmęczenie po ciężkim dniu pracy. Jednak ta "supermoc" ma swoją mroczną stronę.
Zbyt duża ilość tlenu prowadzi do zjawiska zwanego hiperoksją (zatruciem tlenowym). Nasz organizm nie jest przystosowany do przetwarzania tak dużej ilości tego pierwiastka przez dłuższy czas. Nadmiar tlenu powoduje powstawanie wolnych rodników, które uszkadzają komórki, białka i DNA. W dłuższej perspektywie mogłoby to prowadzić do:
Rośliny w świecie o wysokim stężeniu tlenu rosłyby znacznie szybciej i osiągałyby większe rozmiary, ale jednocześnie byłyby bardziej narażone na wspomniane wcześniej pożary. Ewolucja musiałaby pójść w stronę wykształcenia mechanizmów obronnych przed ogniem, takich jak grubsza kora czy nasiona aktywowane wysoką temperaturą.
Zmieniłaby się również gęstość powietrza. Choć tlen jest tylko nieco cięższy od azotu, zmiana proporcji wpłynęłaby na aerodynamikę. Ptaki i owady mogłyby latać z mniejszym wysiłkiem, co prawdopodobnie doprowadziłoby do wykształcenia nowych gatunków zwierząt latających, które dzisiaj uznalibyśmy za zbyt ciężkie, by oderwać się od ziemi.
Więcej tlenu to także szybsza korozja. Wszystko, co wykonane z żelaza lub stali, niszczałoby w oczach. Mosty, samochody i konstrukcje budowlane wymagałyby znacznie częstszej konserwacji lub stosowania zupełnie nowych, odpornych na utlenianie stopów metali. Nawet owoce, takie jak jabłka, po przekrojeniu brązowiałyby w kilka sekund zamiast minut.
Podsumowując, świat z 36% tlenu byłby miejscem pełnym gigantycznej natury i niesamowitej energii, ale jednocześnie niezwykle niebezpiecznym. Życie toczyłoby się szybciej, intensywniej, ale prawdopodobnie krócej, w cieniu nieustannego zagrożenia pożarami. Obecne 21% wydaje się być idealnym "złotym środkiem" dla stabilnego rozwoju naszej cywilizacji.