Gość (37.30.*.*)
Propozycje zmian w systemie podatkowym i prawie pracy zawsze budzą ogromne emocje, zwłaszcza gdy uderzają w portfele jednych, by dać przywileje drugim. Pakiet zmian obejmujący wydłużenie ulgi PIT-0, modyfikację składek dla różnych grup wiekowych oraz wprowadzenie progresywnej płacy minimalnej dla najmłodszych to skomplikowana układanka. Specjaliści, ekonomiści i sami pracownicy patrzą na te pomysły z zupełnie różnych perspektyw, ważąc korzyści społeczne i koszty ekonomiczne.
Przesunięcie granicy zerowego podatku PIT z 26. na 28. rok życia to ukłon w stronę osób, które dłużej się kształcą. Ekonomiści zauważają, że obecnie wielu absolwentów studiów magisterskich wchodzi na rynek pracy w wieku 24–25 lat, co sprawia, że z ulgi korzystają zaledwie przez rok lub dwa. Wydłużenie tego okresu mogłoby ułatwić im start życiowy, np. przy zbieraniu na wkład własny na mieszkanie.
Jednak propozycja ta idzie w parze ze zwiększeniem składki emerytalnej o 0,5% dla osób do 30. roku życia. Tutaj opinie są podzielone:
Podniesienie składki zdrowotnej o 0,5% dla osób powyżej 45. roku życia to jeden z najbardziej kontrowersyjnych punktów. Z perspektywy ekonomicznej argumentem "za" jest fakt, że osoby w tej grupie wiekowej statystycznie częściej korzystają z publicznej służby zdrowia. Z drugiej strony, specjaliści ostrzegają przed ryzykiem dyskryminacji ze względu na wiek.
Osoby po 45. roku życia to często pracownicy o najwyższych kompetencjach, ale też tacy, którzy zaczynają odczuwać trudności w rywalizacji z młodszymi pokoleniami. Dodatkowe obciążenie fiskalne może być postrzegane jako niesprawiedliwe "karanie" za wiek i doświadczenie. Sami zainteresowani w tej grupie wiekowej podnoszą głos, że już teraz płacą wysokie podatki, a dostęp do specjalistów i tak często wymaga prywatnych wizyt.
Wprowadzenie obniżonej płacy minimalnej (od 30% do 90% pełnej stawki) dla najmłodszych to rozwiązanie znane z niektórych krajów zachodnich, np. z Wielkiej Brytanii czy Australii.
Co o tym sądzą eksperci?
Ekonomiści zaznaczają, że taka zmiana mogłaby realnie zmniejszyć bezrobocie wśród młodzieży, ale wymagałaby bardzo szczelnego systemu kontroli, aby nie stała się narzędziem wyzysku.
Zwiększenie wymiaru urlopu o jeden dzień w roku to element, który łączy wszystkich pracowników, niezależnie od wieku. W dobie rosnącego znaczenia work-life balance i problemów z wypaleniem zawodowym, specjaliści ds. HR oceniają ten pomysł bardzo pozytywnie.
Z perspektywy pracodawców i ekonomistów sprawa wygląda inaczej. Jeden dzień wolnego dla każdego pracownika w skali kraju to miliony roboczogodzin mniej, co przekłada się na konkretne straty w PKB. Przedsiębiorcy podkreślają, że przy obecnych kosztach pracy i rosnącej płacy minimalnej, każdy dodatkowy koszt pozapłacowy obniża ich konkurencyjność.
W skali całej gospodarki jeden dodatkowy dzień wolny od pracy może obniżyć roczne PKB o około 0,2–0,3%. Choć dla pojedynczego pracownika to "tylko jeden dzień", dla budżetu państwa i dużych zakładów produkcyjnych są to kwoty idące w miliardy złotych.
Cały pakiet zmian tworzy skomplikowany system naczyń połączonych. Młodzi zyskują dłuższy brak PIT, ale tracą na składce emerytalnej i niższej pensji minimalnej na starcie. Starsi zyskują dzień urlopu, ale tracą na wyższej składce zdrowotnej.
Specjaliści ds. rynku pracy obawiają się, że takie różnicowanie składek i stawek ze względu na wiek może doprowadzić do napięć międzypokoleniowych. Z kolei ekonomiści wskazują, że system podatkowy powinien być przede wszystkim prosty i przejrzysty, a wprowadzanie licznych progów wiekowych i różnych stawek składek idzie w dokładnie odwrotnym kierunku, komplikując rozliczenia kadrowo-płacowe.
Większość ekspertów zgadza się co do jednego: każda z tych zmian wymagałaby długich konsultacji społecznych, ponieważ uderza w fundamentalne poczucie sprawiedliwości podatkowej i stabilności planowania domowych budżetów.