Gość (37.30.*.*)
Koncepcja wprowadzenia specyficznego „podatku od rozwodu” to temat, który regularnie powraca w debatach publicznych, budząc skrajne emocje – od zaciekawienia po kategoryczny sprzeciw. Propozycja, o której mowa, składa się z dwóch filarów: premiowania ugodowego podziału majątku (stawka 0% przy porozumieniu vs 5% przy sporze) oraz czasowego podwyższenia podatków dochodowych (PIT i CIT) dla osób rozwiedzionych do momentu zawarcia nowego związku. Jak na taki pomysł patrzą ekonomiści, prawnicy i socjolodzy? Przyjrzyjmy się argumentom za i przeciw.
Pierwszy element propozycji, czyli zerowa stawka podatku przy ugodowym podziale majątku, spotyka się z pewnym zrozumieniem wśród ekonomistów zajmujących się analizą prawa. Z punktu widzenia państwa, procesy sądowe są niezwykle kosztowne. Długotrwałe batalie o każdy składnik majątku angażują sędziów, biegłych i infrastrukturę, co generuje tzw. koszty transakcyjne.
Mechanizm „0% za ugodę, 5% za spór” działałby jako silny bodziec ekonomiczny (incentive). Specjaliści wskazują jednak na drugą stronę medalu:
Najwięcej kontrowersji budzi pomysł podniesienia podatków PIT i CIT o 2–5% dla osób rozwiedzionych. W historii ekonomii znamy podobne rozwiązania, jak choćby funkcjonujące w czasach PRL tzw. „bykowe”, czyli podatek dla osób bezdzietnych i nieżonatych powyżej pewnego roku życia.
Współcześni ekonomiści zazwyczaj krytykują takie rozwiązania z kilku powodów:
Socjolodzy zwracają uwagę, że próba „wymuszania” pozostawania w związku lub szybkiego wchodzenia w kolejny za pomocą narzędzi fiskalnych rzadko przynosi zamierzone skutki demograficzne. Zamiast trwałych i szczęśliwych rodzin, takie prawo mogłoby promować związki zawierane „pod podatkowym pistoletem”.
Warto też zauważyć aspekt etyczny, który podkreślają prawnicy:
Choć bezpośredni „podatek od rozwodu” w takiej formie nie istnieje w większości rozwiniętych krajów, wiele systemów podatkowych pośrednio promuje małżeństwa. Przykładem jest wspólne rozliczanie się małżonków (np. w Polsce czy Niemczech – tzw. Ehegattensplitting). W takim modelu osoba zarabiająca znacznie więcej płaci niższy podatek dzięki „dzieleniu się” progiem podatkowym z niepracującym lub mniej zarabiającym współmałżonkiem. Po rozwodzie ten przywilej znika, co de facto oznacza wzrost realnego opodatkowania, choć nie jest to nazywane karną stawką.
Z punktu widzenia teorii gier, mechanizm 0% za ugodę mógłby faktycznie odciążyć sądy, co jest celem pożądanym. Jednak połączenie tego z karnym wzrostem PIT i CIT jest oceniane przez większość specjalistów jako ryzykowne i szkodliwe społecznie.
Główne obawy ekspertów dotyczą:
Podsumowując, choć idea zachęcania do ugodowego rozstania ma swoje ekonomiczne uzasadnienie w postaci redukcji kosztów procesowych, to penalizacja podatkowa samego faktu bycia osobą rozwiedzioną stoi w sprzeczności z nowoczesnymi zasadami systemów podatkowych i prawami obywatelskimi. Większość ekonomistów sugeruje raczej stosowanie „marchewki” (ulgi za mediacje) niż „kija” w postaci wyższych stawek PIT i CIT.