Gość (37.30.*.*)
Wybór między umową o pracę (UoP), umową zlecenie a kontraktem B2B to od lat jeden z najgorętszych tematów w polskim świecie biznesu i finansów. Głównym powodem, dla którego pracodawcy i pracownicy w ogóle rozważają te alternatywy, są różnice w kosztach pracy oraz kwocie, która ostatecznie trafia „na rękę”. Gdybyśmy jednak wyobrazili sobie scenariusz, w którym każda z tych form jest opodatkowana i oskładkowana identycznie, krajobraz rynku pracy zmieniłby się nie do poznania.
Obecnie system podatkowo-składkowy w Polsce jest progresywny i skomplikowany. Umowa o pracę jest najbardziej obciążona – tu klin podatkowy (różnica między kosztem pracodawcy a płacą netto) jest najwyższy. Z kolei B2B, zwłaszcza przy wyższych zarobkach i przejściu na ryczałt lub podatek liniowy, pozwala na znaczne oszczędności. Umowa zlecenie bywa natomiast atrakcyjna dla studentów (brak składek do 26. roku życia) lub osób pracujących w kilku miejscach.
Wprowadzenie identycznego opodatkowania i oskładkowania wyeliminowałoby tzw. arbitraż czynszowy. Pracodawca nie miałby już finansowego interesu w tym, by „wypychać” pracownika na B2B, ponieważ całkowity koszt zatrudnienia byłby taki sam. Z perspektywy portfela, pracownikowi byłoby wszystko jedno, czy wystawia fakturę, czy otrzymuje pasek płacowy. To z automatu zdjęłoby ogromną presję ekonomiczną, która dziś napędza popularność form cywilnoprawnych.
Choć wyrównanie obciążeń finansowych rozwiązałoby problem „ucieczki w koszty”, nie wyeliminowałoby całkowicie konieczności przekształcania umów. Dlaczego? Ponieważ prawo pracy to nie tylko podatki.
Zgodnie z Kodeksem pracy, jeśli praca jest wykonywana w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę oraz pod jego kierownictwem, mamy do czynienia ze stosunkiem pracy – niezależnie od tego, jak nazwiemy umowę. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) oraz ZUS kontrolują kontrakty B2B nie tylko pod kątem składek, ale także pod kątem tego, czy nie są one „ukrytymi” umowami o pracę.
Nawet przy równych podatkach, istniałyby powody, dla których państwo mogłoby wymuszać przekształcenie umów:
Zatem, dopóki definicja stosunku pracy pozostaje w Kodeksie pracy, organy kontrolne nadal miałyby podstawy, by kwestionować kontrakty B2B, które w rzeczywistości są etatem, nawet jeśli budżet państwa otrzymywałby z nich tyle samo pieniędzy.
Zrównanie obciążeń mogłoby doprowadzić do ciekawej sytuacji. Skoro cena za każdą formę współpracy byłaby taka sama, jedynym czynnikiem decyzyjnym stałaby się wygoda i zakres przywilejów.
Większość osób prawdopodobnie wybrałaby umowę o pracę ze względu na bezpieczeństwo socjalne. B2B stałoby się domeną prawdziwych freelancerów, którzy faktycznie pracują dla wielu klientów, mają własny sprzęt i nie chcą być związani z jedną firmą. Obecnie wiele osób na B2B to „jednoosobowe firmy” pracujące tylko dla jednego kontrahenta – w nowym systemie taka konstrukcja straciłaby sens ekonomiczny dla obu stron.
Pomysł „jednolitego kontraktu” (ang. single labor contract) pojawiał się w debatach ekonomicznych w wielu krajach Unii Europejskiej, m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Jego celem miało być zatarcie różnic między pracownikami „chronionymi” (na czas nieokreślony) a „niepewnymi” (na umowach krótkoterminowych). Choć brzmi to sprawiedliwie, wprowadzenie takiego rozwiązania zawsze budzi opór, ponieważ wymagałoby albo drastycznego obniżenia ochrony dla obecnych etatowców, albo ogromnego zwiększenia kosztów dla małych przedsiębiorców.
Wprowadzenie identycznego opodatkowania dla wszystkich form zatrudnienia wymagałoby gigantycznej reformy systemu ubezpieczeń społecznych. Musielibyśmy odpowiedzieć na trudne pytania:
Bez ujednolicenia tych aspektów, „identyczne opodatkowanie” byłoby tylko pozorne.
Podsumowując, zrównanie stawek podatkowych i składek ZUS drastycznie zmniejszyłoby motywację do sztucznego przechodzenia na B2B czy umowy zlecenie. Wyeliminowałoby to finansowy fundament sporów na linii pracodawca-pracownik-państwo. Jednak dopóki umowa o pracę oferuje unikalny pakiet ochronny (urlopy, okresy wypowiedzenia), a Kodeks pracy sztywno definiuje stosunek pracy, konieczność weryfikacji i przekształcania umów przez organy kontrolne prawdopodobnie by pozostała – choć skala tego zjawiska byłaby znacznie mniejsza.