Gość (37.30.*.*)
Charakterystyczne, niskie dźwięki „Marsza żałobnego” Fryderyka Chopina zna niemal każdy, nawet jeśli nie interesuje się muzyką klasyczną. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych w historii ludzkości, który stał się uniwersalnym symbolem pożegnania i żałoby. Choć narosło wokół niego wiele legend, prawda o tym, za kim rozpaczał kompozytor, pisząc to dzieło, jest bardziej złożona i fascynująca, niż mogłoby się wydawać.
Wielu słuchaczy szuka w tym utworze konkretnej postaci – ukochanej kobiety, zmarłego przyjaciela czy członka rodziny. Prawda jest jednak taka, że Chopin nie skomponował „Marsza żałobnego” (który stał się trzecią częścią jego II Sonaty b-moll op. 35) pod wpływem nagłej śmierci jednej, konkretnej osoby. Utwór powstał w 1837 roku, czyli dwa lata przed ukończeniem całej sonaty, w okresie, gdy kompozytor zmagał się z ogromnym bagażem emocjonalnym.
Historycy muzyki i biografowie wskazują, że „Marsz żałobny” był raczej wyrazem zbiorowej rozpaczy i osobistego poczucia straty. Chopin bardzo dotkliwie przeżywał upadek powstania listopadowego i utratę niepodległości przez Polskę. Dla niego, emigranta przebywającego w Paryżu, śmierć ojczyzny była raną, która nigdy się nie zagoiła. Dodatkowo, w tym czasie jego zdrowie zaczęło podupadać, a głośne rozstanie z Marią Wodzińską (jego wielką miłością, z którą był zaręczony) pogłębiło stan melancholii. Można więc powiedzieć, że Chopin rozpaczał nad utraconą ojczyzną, własnym zdrowiem i niespełnioną miłością – to właśnie ta kumulacja cierpienia nadała utworowi tak potężny ładunek emocjonalny.
Warto wiedzieć, że sam „Marsz żałobny” był gotowy na długo przed tym, zanim Chopin dopisał do niego pozostałe części sonaty. Kiedy w końcu połączył go z resztą utworu, wywołał niemały skandal w ówczesnym świecie muzycznym. Robert Schumann, słynny kompozytor i krytyk, stwierdził nawet, że Chopin „powiązał ze sobą czworo swoich najbardziej niepokornych dzieci”, sugerując, że części sonaty do siebie nie pasują.
Jednak to właśnie ta „nieprzystawalność” i mroczny finał, który następuje po marszu (brzmiący jak wiatr wiejący nad grobami), sprawiły, że dzieło to stało się genialnym portretem ludzkiej egzystencji. Co ciekawe, zgodnie z życzeniem kompozytora, „Marsz żałobny” został wykonany podczas jego własnego pogrzebu w kościele św. Magdaleny w Paryżu w 1849 roku, choć w wersji na instrumenty dęte, opracowanej przez Henriego Rebera.
Jeśli szukamy artysty, którego wykonania dzieł Chopina – w tym słynnego marsza – uznaje się za absolutny wzorzec, nazwisko jest tylko jedno: Artur Rubinstein. Choć żył on wiele lat po śmierci Chopina, to właśnie on zrewolucjonizował sposób grania muzyki polskiego mistrza w XX wieku.
Przed Rubinsteinem panowała moda na przesadne, niemal sentymentalne „rozciąganie” utworów Chopina. Rubinstein odrzucił tę manierę. Jego interpretacje charakteryzują się:
Oczywiście, w świecie pianistyki wskazuje się też na inne wielkie nazwiska. Wielu melomanów za wzór mrocznej, niemal demonicznej interpretacji „Marsza żałobnego” uważa nagrania Sergiusza Rachmaninowa. Z kolei współcześnie za jednego z najwybitniejszych chopinistów uznaje się Krystiana Zimermana, którego precyzja i dbałość o każdy detal dźwiękowy zapierają dech w piersiach.
Czy wiesz, że motyw z „Marsza żałobnego” Chopina pojawił się w niezliczonej liczbie kreskówek, filmów i gier komputerowych? Często jest używany w sposób prześmiewczy lub groteskowy (np. w „Tomie i Jerrym”), co jest paradoksem, biorąc pod uwagę, jak głęboko tragicznym utworem był on dla samego kompozytora. To pokazuje, jak silnie ta melodia zakorzeniła się w naszej zbiorowej świadomości – stała się muzycznym synonimem końca, niezależnie od kontekstu.