Gość (37.31.*.*)
Kiedy po raz pierwszy słyszymy potężny, chropowaty i niezwykle emocjonalny głos Brittany Howard, skojarzenia z wielkimi legendami muzyki nasuwają się same. Porównania do Janis Joplin czy Amy Winehouse nie są rzadkością w recenzjach muzycznych i dyskusjach fanów. Choć określenie jej mianem „alter ego” tych artystek jest pewnym uproszczeniem, to w świecie muzyki termin ten często służy do opisania duchowego pokrewieństwa i kontynuacji pewnej tradycji, którą Howard bez wątpienia pielęgnuje.
Janis Joplin była symbolem surowej, niepohamowanej energii i bolesnej szczerości. Kiedy Brittany Howard staje na scenie z Alabama Shakers lub występuje solo, widać w niej tę samą bezkompromisowość. Howard, podobnie jak Joplin, nie boi się „brudnych” dźwięków, krzyku i eksponowania emocji, które wykraczają poza ramy czystego śpiewu.
To, co łączy obie artystki, to przede wszystkim zakorzenienie w bluesie i rocku psychodelicznym. Howard posiada rzadką umiejętność wprowadzania słuchacza w rodzaj transu, co było znakiem rozpoznawczym występów Janis na festiwalu w Woodstock czy Monterey. Jeśli szukamy w dzisiejszej muzyce kogoś, kto potrafi przekazać ból i radość z taką samą intensywnością, Brittany Howard jest najbliższą odpowiedzią na to zapotrzebowanie.
Z Amy Winehouse łączy Brittany Howard coś innego – niesamowite wyczucie soulu i umiejętność tchnięcia nowego życia w stare formy muzyczne. Winehouse zrewolucjonizowała rynek, pokazując, że brzmienia z lat 60. mogą być nowoczesne i niezwykle osobiste. Howard, szczególnie na albumach Alabama Shakers takich jak „Sound & Color”, poszła o krok dalej.
Obie artystki łączy również autentyczność w tekstach. Choć ich style życia i wizerunki sceniczne drastycznie się różnią, to w warstwie lirycznej obie stawiają na bezwzględną szczerość. Howard, podobnie jak Winehouse, nie jest produktem marketingowym – to artystka, która buduje swoją markę na talencie i unikalnej barwie głosu, która wydaje się pochodzić z innej epoki, a jednocześnie idealnie pasuje do współczesności.
W ścisłym znaczeniu tego słowa – nie. Brittany Howard to odrębna, silna osobowość artystyczna, która nie kopiuje swoich poprzedniczek. Jednak w sensie metaforycznym, można powiedzieć, że Howard jest współczesną powierniczką tego samego ognia, który płonął w Joplin i Winehouse.
To, co sprawia, że takie porównania w ogóle istnieją, to fakt, że Howard wypełnia lukę po artystkach, które nie bały się być „zbyt głośne”, „zbyt emocjonalne” czy „zbyt prawdziwe”. Dla wielu fanów jest ona naturalną następczynią tronu w królestwie muzyki soul, blues i rock, przejmując pałeczkę tam, gdzie tragicznie zmarłe ikony musiały ją upuścić.
Mimo oczywistych podobieństw, Brittany Howard wnosi do muzyki coś zupełnie własnego. Jej twórczość jest mocno osadzona w kulturze południa Stanów Zjednoczonych (pochodzi z Alabamy), co dodaje jej muzyce specyficznego, „bagiennego” klimatu, którego nie znajdziemy u Winehouse czy Joplin.
Początkowo zespół nazywał się po prostu „The Shakers”. Kiedy jednak dowiedzieli się, że istnieje już inna grupa o tej samej nazwie, postanowili dodać nazwę swojego rodzimego stanu, aby podkreślić swoje korzenie. To właśnie to przywiązanie do miejsca pochodzenia buduje fundament ich unikalnego brzmienia, które tak bardzo zachwyciło świat.
Brittany Howard to artystka, która czerpie z przeszłości, ale patrzy odważnie w przyszłość. Porównywanie jej do Janis Joplin czy Amy Winehouse to ogromny komplement, ale warto pamiętać, że Howard pisze własną historię, która jest równie fascynująca i ważna dla współczesnej muzyki.