Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas dorastało w przekonaniu, że śpiew to dar, z którym trzeba się urodzić. „Słoń nadepnął mi na ucho” to jedna z najczęstszych wymówek, którą słyszą nauczyciele muzyki. Jednak nauka i praktyka pedagogiczna rzucają na tę kwestię zupełnie inne światło. Twierdzenie, że niemal każdy słyszący człowiek może nauczyć się śpiewać czysto, jest w przeważającej mierze prawdą, a wizja szkolnego chóru po kilku latach intensywnej nauki to nie mrzonka, lecz realny scenariusz edukacyjny.
Zacznijmy od faktów: prawdziwa głuchota tonowa, czyli amuzja, dotyka zaledwie od 1,5% do 4% populacji. Osoby z amuzją rzeczywiście mają problem z rozpoznawaniem różnic w wysokości dźwięków, rytmu czy melodii. Dla pozostałych 96-98% ludzi śpiewanie „nieczysto” nie wynika z braku talentu, ale z braku koordynacji na linii ucho–mózg–krtań.
Śpiewanie to umiejętność psychomotoryczna, podobna do jazdy na rowerze czy pisania. Kiedy słyszymy dźwięk, nasz mózg musi go zinterpretować, a następnie wysłać sygnał do mięśni krtani, aby napięły struny głosowe w odpowiedni sposób. Jeśli nie ćwiczymy tego połączenia, „pudłujemy”. Większość osób fałszujących to tzw. „śpiewacy nieuważni” lub tacy, którzy nie potrafią jeszcze kontrolować swojego aparatu głosowego. Przy odpowiednim treningu, niemal każdy, kto słyszy, jest w stanie nauczyć się trafiać w dźwięki.
Obecnie w polskim systemie edukacji muzyka często traktowana jest po macoszemu, ograniczając się do jednej godziny lekcyjnej tygodniowo, która i tak bywa zastępowana innymi przedmiotami. Wprowadzenie trzech godzin muzyki tygodniowo już od pierwszej klasy byłoby zmianą systemową o ogromnym znaczeniu.
Dlaczego trzy godziny to „magiczna” liczba? W nauce umiejętności motorycznych i słuchowych kluczowa jest regularność i częstotliwość powtórzeń. Przy trzech spotkaniach w tygodniu:
Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Dzieci w wieku 9-10 lat (klasa trzecia i czwarta) znajdują się w tzw. „złotym wieku” rozwoju słuchu i głosu. Ich krtanie są elastyczne, a ciekawość świata pozwala na szybkie przyswajanie repertuaru.
Jeśli program nauczania od pierwszej klasy opierałby się na metodach aktywnych (np. metodzie Kodály’a, która kładzie nacisk na śpiew solfeżowy i gesty dłoni wspomagające intonację), to po trzech latach intensywnej pracy (ok. 300 godzin lekcyjnych) uczniowie mieliby:
W takim scenariuszu koncertowanie nie tylko jest możliwe, ale staje się naturalnym efektem procesu dydaktycznego. Chóry dziecięce w szkołach muzycznych lub w krajach o wysokiej kulturze muzycznej (np. na Węgrzech czy w Estonii) udowadniają, że dzieci w tym wieku potrafią wykonywać skomplikowane utwory na głosy z ogromną precyzją.
W twierdzeniu zawartym w pytaniu jest bardzo dużo prawdy, a jedynym „mitem” jest przekonanie, że dzieje się to samoistnie. Sukces takiego przedsięwzięcia zależy od dwóch czynników: wykwalifikowanego pedagoga oraz systematyczności. Bez odpowiedniego prowadzenia, nawet 10 godzin muzyki tygodniowo może nie przynieść efektu czystego śpiewu, jeśli dzieci będą jedynie „śpiewać przy radiu”.
Badania neurologiczne wykazują, że intensywna edukacja muzyczna w młodym wieku fizycznie zmienia strukturę mózgu. Dzieci uczące się śpiewu i gry na instrumentach mają lepiej rozwinięte ciało modzelowate (spoidło wielkie), które łączy obie półkule mózgowe. Przekłada się to na lepsze wyniki w nauce języków obcych, matematyki oraz na wyższą inteligencję emocjonalną. Śpiew w chórze dodatkowo uczy empatii i pracy zespołowej – w chórze nikt nie wygrywa sam, sukces zależy od najsłabszego ogniwa.
Podsumowując, wizja powszechnie śpiewających czysto dzieci, które już w czwartej klasie koncertują z chórem, jest całkowicie realna. Wymaga jednak odejścia od myślenia o muzyce jako o „przerywniku” i potraktowania jej jako fundamentalnego elementu rozwoju intelektualnego i fizycznego dziecka. Każdy może śpiewać, o ile damy mu do tego odpowiednie narzędzia i czas.