Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że poziom oceanów nagle podnosi się o wysokość kilkupiętrowego bloku mieszkalnego. Choć liczby takie jak 35% czy 50% mogą brzmieć jak suche statystyki z raportów klimatycznych, w rzeczywistości oznaczają one całkowite przemodelowanie mapy świata, jaką znamy. Lodowce i lądolody to gigantyczne magazyny słodkiej wody, a ich gwałtowne topnienie uruchomiłoby reakcję łańcuchową, której skutki odczułby każdy mieszkaniec planety, niezależnie od tego, jak daleko mieszka od wybrzeża.
Zanim przejdziemy do konkretnych scenariuszy, musimy zrozumieć skalę problemu. Największymi rezerwuarami lodu na Ziemi są Antarktyda oraz Grenlandia. Lód pływający (np. na Oceanie Arktycznym) po stopieniu nie podnosi znacząco poziomu wody (zgodnie z prawem Archimedesa), ale lód spoczywający na lądzie to zupełnie inna historia.
Przyjmijmy uśrednione dane naukowe dotyczące potencjału wzrostu poziomu mórz (SLR – Sea Level Rise):
Teraz obliczmy skutki dla Twoich scenariuszy:
Scenariusz 1: Stopnienie 35% zasobów lodu
Scenariusz 2: Stopnienie 50% zasobów lodu
Dla porównania: 33 metry to mniej więcej wysokość 10-piętrowego wieżowca.
Przy wzroście poziomu morza o 23 lub 33 metry, mapa Polski zmieniłaby się nie do poznania. Żuławy Wiślane przestałyby istnieć niemal natychmiast. Gdańsk, Gdynia i Sopot stałyby się wspomnieniem lub podwodnymi skansenami dla nurków. Szczecin stałby się miastem portowym leżącym bezpośrednio nad wielką zatoką morską, a linia brzegowa przesunęłaby się o dziesiątki kilometrów w głąb lądu, docierając w okolice Elbląga czy Tczewa.
W skali globalnej sytuacja wyglądałaby jeszcze gorzej. Floryda, Holandia, Bangladesz oraz ogromne połacie Danii zniknęłyby pod wodą. Miasta takie jak Londyn, Nowy Jork, Szanghaj czy Tokio wymagałyby budowy gigantycznych systemów zapór, które przy 30-metrowym wzroście poziomu wody i tak mogłyby okazać się niewystarczające.
Topnienie lodu to nie tylko problem "zbyt dużej ilości wody". To także kwestia fizyki światła. Lód i śnieg działają jak gigantyczne lustro, odbijając do 80% promieniowania słonecznego z powrotem w przestrzeń kosmiczną (jest to tzw. wysokie albedo).
Gdy lód znika, odsłania ciemną powierzchnię oceanu lub lądu. Ciemne barwy pochłaniają energię, zamiast ją odbijać. To powoduje, że planeta nagrzewa się jeszcze szybciej, co z kolei przyspiesza topnienie pozostałego lodu. To klasyczny przykład dodatniego sprzężenia zwrotnego – im mniej mamy lodu, tym szybciej tracimy ten, który pozostał.
Czy wiesz, że lód jest tak ciężki, iż dosłownie wgniata skorupę ziemską do środka? Gdyby 50% lodu na Antarktydzie stopniało, kontynent ten zacząłby się powoli podnosić w procesie zwanym izostazją. To zjawisko wciąż obserwujemy w Skandynawii, która "puchnie" po ustąpieniu lodowca z ostatniej epoki lodowej.
Woda pochodząca z topniejących lodowców jest słodka. Wprowadzenie ogromnych ilości słodkiej wody do słonych oceanów zmienia ich gęstość i zasolenie. Może to doprowadzić do zatrzymania tzw. cyrkulacji termohalinowej, w tym słynnego Golfsztromu (Prądu Zatokowego).
Paradoksalnie, choć globalnie byłoby cieplej, zatrzymanie Golfsztromu mogłoby doprowadzić do gwałtownego ochłodzenia klimatu w Europie Północnej i Wielkiej Brytanii. Zamiast łagodnych zim, Londyn czy Paryż mogłyby doświadczać mrozów typowych dla Syberii.
Utrata 35-50% lodu na biegunach to wyrok śmierci dla wielu gatunków. Niedźwiedzie polarne straciłyby swoje tereny łowieckie, a pingwiny miejsca lęgowe. Jednak problem dotknąłby też ludzi w sposób pośredni:
Choć scenariusz stopnienia połowy lodowców nie wydarzy się z dnia na dzień (to proces liczony w stuleciach), to dynamika zmian, którą obserwujemy dzisiaj, pokazuje, że system klimatyczny Ziemi jest znacznie bardziej wrażliwy, niż nam się wydawało jeszcze kilkadziesiąt lat temu.