Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o kuchni starożytnego Rzymu, przed oczami stają nam najczęściej obrazy wielkich uczt, na których wino lało się strumieniami, a stoły uginały się pod ciężarem egzotycznych potraw. Rzeczywistość rzymskich elit rzeczywiście bywała szokująca z perspektywy współczesnego człowieka. Odpowiedź na pytanie, czy Rzymianie jedli flamingi, brzmi: tak, i to z wielkim upodobaniem. Dla najbogatszych mieszkańców imperium te różowe ptaki nie były jedynie ozdobą krajobrazu, lecz symbolem statusu i wyrafinowanego smaku.
W starożytnym Rzymie jedzenie było czymś więcej niż tylko zaspokajaniem głodu. Był to sposób na manifestację bogactwa, wpływów i władzy. Podczas gdy przeciętny obywatel żywił się głównie zbożową papką (puls), warzywami i okazjonalnie rybami, elity szukały doznań ekstremalnych. Flamingi sprowadzano z odległych zakątków imperium, głównie z Afryki Północnej, co czyniło je towarem luksusowym i niezwykle drogim.
Najbardziej pożądaną częścią flaminga wcale nie było jego mięso z piersi czy udek, ale... język. Rzymscy smakosze uważali go za absolutny szczyt kulinarnych doznań. Pliniusz Starszy, słynny rzymski pisarz i przyrodnik, wspomina w swoich pismach, że to Apicjusz – legendarny rzymski gastronom – jako pierwszy odkrył, że język flaminga ma wyjątkowy smak i warto go przyrządzać jako oddzielne danie.
Większość naszej wiedzy o luksusowej diecie Rzymian pochodzi z dzieła De re coquinaria (O sztuce kulinarnej), przypisywanego Markowi Gawiuszowi Apicjuszowi. Choć sama książka została spisana prawdopodobnie w IV lub V wieku n.e., zawiera przepisy i zwyczaje z czasów wcześniejszych, kiedy imperium było u szczytu potęgi.
W zapiskach tych znajdziemy konkretne wskazówki, jak przyrządzić flaminga. Ptaka zazwyczaj duszono w aromatycznych sosach. Typowy przepis zakładał użycie:
Kluczowym składnikiem był również garum – słynny rzymski sos ze sfermentowanych ryb, który dodawano niemal do wszystkiego, by podbić smak potrawy (dzisiaj moglibyśmy go porównać do azjatyckiego sosu rybnego).
Wybór flamingów na danie główne nie był przypadkowy. Rzymianie uwielbiali wszystko, co było trudne do zdobycia. Im bardziej egzotyczne zwierzę, tym większy podziw wzbudzał gospodarz wydający ucztę. Podawanie języków flamingów setkom gości oznaczało, że organizator musiał poświęcić setki ptaków na jeden wieczór. Była to czysta demonstracja marnotrawstwa, która w tamtych czasach była najwyższą formą luksusu.
Cesarz Heliogabal, znany ze swojego ekscentrycznego i rozpustnego stylu życia, miał podobno serwować całe półmiski wypełnione wyłącznie językami flamingów oraz mózgami drozdów i papug. Dla rzymskich moralistów, takich jak Seneka, takie zachowanie było dowodem na upadek obyczajów i moralną zgniliznę wyższych sfer.
Trudno jednoznacznie ocenić walory smakowe flaminga z dzisiejszej perspektywy, ponieważ obecnie ptaki te są pod ścisłą ochroną i nie figurują w żadnym menu. Współczesne opisy mięsa dzikich ptaków brodzących sugerują jednak, że może ono mieć dość intensywny, "tranowy" lub błotnisty posmak, ze względu na dietę zwierzęcia (skorupiaki i algi). Rzymianie jednak niwelowali te aromaty za pomocą ogromnej ilości przypraw i słodko-kwaśnych sosów, które dominowały nad naturalnym smakiem mięsa.
Jeśli myślicie, że flamingi to najdziwniejsza rzecz, jaką jedli Rzymianie, to lista jest znacznie dłuższa. Na bogatych stołach pojawiały się również:
Rzymska kuchnia wyższych sfer była teatrem, w którym jedzenie było tylko jednym z elementów przedstawienia. Flamingi, ze swoim jaskrawym upierzeniem i egzotycznym pochodzeniem, idealnie wpisywały się w tę potrzebę imponowania gościom. Choć dziś jedzenie tych pięknych ptaków wydaje nam się barbarzyństwem, dla starożytnego patrycjusza był to po prostu kolejny wtorek w luksusowej willi.