Gość (37.30.*.*)
Temat rozpadu Unii Europejskiej powraca w debacie publicznej regularnie, zazwyczaj przy okazji kryzysów gospodarczych, migracyjnych czy politycznych napięć na linii Bruksela – stolice państw członkowskich. Po Brexicie wielu obserwatorów wieszczyło efekt domina, który miał doprowadzić do szybkiego demontażu wspólnoty. Czas pokazał jednak, że rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana, a scenariusz całkowitego rozpadu UE, choć teoretycznie możliwy, nie jest przez większość ekspertów postrzegany jako nieuchronny proces, a raczej jako jedno z wielu ryzyk.
Wiele osób zastanawia się, czy po wyjściu Wielkiej Brytanii kolejne kraje, takie jak Węgry czy Francja, pójdą tą samą drogą. Obecnie nastroje społeczne w większości państw członkowskich pozostają jednak proeuropejskie. Paradoksalnie, trudności, z jakimi borykała się Wielka Brytania po opuszczeniu struktur unijnych – od problemów z łańcuchami dostaw po spadek dynamiki PKB – zadziałały na inne narody jak przestroga.
Specjaliści zajmujący się politologią, m.in. Ivan Krastev, często podkreślają, że Unia Europejska znajduje się w stanie „permanentnego kryzysu”, który paradoksalnie może ją wzmacniać poprzez wymuszanie reform. Choć w niektórych krajach partie eurosceptyczne zyskują na popularności, rzadko postulują one teraz bezpośrednie wyjście z UE (tzw. „hard exit”). Zamiast tego dążą do „Europy Narodów” – modelu, w którym państwa zachowują członkostwo, ale odzyskują więcej kompetencji od Brukseli.
Gdyby doszło do całkowitego rozpadu Unii Europejskiej, konsekwencje byłyby odczuwalne na całym świecie, a dla samych Europejczyków byłyby drastyczne. Przede wszystkim przestałby istnieć jednolity rynek, co oznaczałoby powrót ceł, barier handlowych i kontroli granicznych.
Większość analityków i ekonomistów uważa, że całkowity rozpad Unii jest mało prawdopodobny w krótkiej perspektywie, ponieważ koszty „rozwodu” są zbyt wysokie dla każdego z państw. Timothy Garton Ash, znany historyk i badacz Europy, wskazuje, że UE jest projektem unikalnym, który przetrwał już wiele momentów krytycznych. Eksperci zaznaczają jednak, że Unia musi się zmienić, aby przetrwać.
Główne wyzwania, które mogą decydować o przyszłości wspólnoty, to:
Często w dyskusjach o wyjściu z UE przywołuje się Norwegię lub Szwajcarię jako dowód na to, że można świetnie radzić sobie poza wspólnotą. Warto jednak wiedzieć, że oba te kraje płacą wysokie składki do budżetu UE i muszą przyjmować większość unijnych regulacji, aby mieć dostęp do wspólnego rynku, mimo że nie mają wpływu na ich tworzenie. To tzw. „faksowa demokracja” – Norwegia otrzymuje gotowe przepisy faksem z Brukseli i musi je wdrażać.
Twierdzenie, że rozpad UE to „jedynie kwestia czasu”, jest tezą ryzykowną i niemożliwą do zweryfikowania na gruncie naukowym. Historia uczy, że imperia i sojusze upadają, ale Unia Europejska nie jest tradycyjnym państwem ani prostym sojuszem militarnym. To gęsta sieć powiązań prawnych, ekonomicznych i społecznych.
Zamiast nagłego rozpadu, specjaliści częściej rozważają scenariusz „Europy wielu prędkości”. Oznacza to, że grupa państw (np. strefa euro) będzie integrować się szybciej, podczas gdy inne pozostaną na obrzeżach głównego nurtu decyzyjnego. To, czy Unia przetrwa kolejne dekady, zależy nie od nieuchronnych praw dziejowych, ale od woli politycznej liderów i poparcia obywateli w nadchodzących latach.
Moja baza wiedzy nie zawiera jednoznacznych prognoz dotyczących konkretnej daty ewentualnego rozpadu, ponieważ takie dane nie istnieją – przyszłość organizacji zależy od wyników wyborów w poszczególnych krajach i zmieniającej się sytuacji geopolitycznej. Specjaliści są jednak zgodni: cena rozpadu byłaby tak wysoka, że większość rządów zrobi wszystko, aby do niego nie dopuścić.