Gość (37.30.*.*)
Temat tzw. emerytur groszowych oraz warunków nabywania uprawnień emerytalnych od lat budzi emocje zarówno wśród ekonomistów, jak i samych obywateli. Obecnie w Polsce wystarczy odprowadzić jedną składkę, by po osiągnięciu wieku emerytalnego otrzymać świadczenie – nawet jeśli wynosi ono zaledwie kilka groszy. Eksperci coraz częściej wskazują, że wprowadzenie minimalnego stażu pracy (np. sugerowanych 36 miesięcy) jest koniecznością administracyjną, ale główną barierą nie jest sam brak wypłaty tych kilku złotych, lecz utrata przywilejów, które się z tym wiążą.
Z punktu widzenia ZUS, obsługa świadczeń wynoszących 10 czy 50 groszy jest całkowicie nieopłacalna. Koszt przelewu, wydania decyzji administracyjnej i corocznej waloryzacji wielokrotnie przewyższa wartość samej emerytury. Eksperci od ubezpieczeń społecznych są niemal zgodni: system powinien posiadać bezpiecznik w postaci minimalnego okresu składkowego.
Dlaczego zatem propozycja wprowadzenia progu np. 3 lat (36 miesięcy) budzi taki lęk? Odpowiedź kryje się w "pakiecie dodatkowym". Osoba posiadająca status emeryta, nawet tego pobierającego 15 groszy miesięcznie, ma prawo do dożywotniego, bezpłatnego korzystania z publicznej służby zdrowia (NFZ). Dla wielu osób z bardzo krótkim stażem pracy to właśnie ubezpieczenie zdrowotne, a nie sama kwota świadczenia, jest kluczową wartością.
Większość ekspertów ocenia, że oddzielenie statusu emeryta od prawa do świadczeń NFZ mogłoby radykalnie zmniejszyć opór społeczny wobec reformy. Obecnie system jest nielogiczny: ktoś, kto pracował miesiąc, ma takie samo prawo do operacji czy wizyty u specjalisty, jak osoba, która przepracowała 40 lat.
Gdyby prawo do leczenia było powiązane np. z rezydencją (zamieszkiwaniem w Polsce) lub obywatelstwem, a nie z faktem pobierania jakiejkolwiek emerytury, wprowadzenie wymogu 36 miesięcy składek byłoby postrzegane jedynie jako porządkowanie finansów państwa. W takim scenariuszu osoba, która nie wypracowała minimalnego stażu, po prostu nie dostawałaby przelewu z ZUS, ale nadal mogłaby pójść do lekarza. To usunęłoby argument o "skazywaniu ludzi na śmierć bez opieki medycznej".
Choć koncepcja ta brzmi sensownie, eksperci wskazują na kilka wyzwań:
Socjolodzy zwracają uwagę na aspekt psychologiczny. Poczucie bezpieczeństwa zdrowotnego jest jedną z podstawowych potrzeb. Jeśli państwo zagwarantuje, że "brak emerytury nie oznacza braku lekarza", opór przed podniesieniem poprzeczki stażowej prawdopodobnie spadnie do minimum. Ludzie rozumieją, że 20 czy 30 złotych emerytury nie zmienia ich standardu życia, ale brak możliwości pójścia do szpitala – już tak.
Z kolei ekonomiści, tacy jak eksperci z Instytutu Badań Strukturalnych czy Forum Obywatelskiego Rozwoju, często podkreślają, że obecny system "emerytur za jeden dzień pracy" jest patologią, którą trzeba przeciąć. Sugerują oni, że środki zaoszczędzone na obsłudze tysięcy groszowych przekazów mogłyby zostać przesunięte na inne cele społeczne.
Według danych ZUS z ostatnich lat, najniższa wypłacana emerytura w Polsce wynosiła zaledwie 2 grosze. Otrzymała ją osoba, która w swoim życiu odprowadziła składkę tylko za jeden dzień pracy. Koszt wysłania listu z decyzją o przyznaniu tego świadczenia był kilkaset razy wyższy niż roczna wartość tej emerytury. To najlepiej obrazuje, dlaczego dyskusja o minimalnym okresie 36 miesięcy jest tak istotna.
Wprowadzenie wymogu 36 miesięcy składek przy jednoczesnym "odpięciu" ubezpieczenia zdrowotnego od statusu emeryta jest oceniane przez ekspertów jako logiczny i pożądany kierunek zmian. Pozwoliłoby to na:
Bez rozwiązania kwestii dostępu do NFZ, każda próba wprowadzenia minimalnego stażu pracy będzie spotykać się z silnym oporem, gdyż dla najuboższych emerytów to właśnie "darmowy lekarz" jest najcenniejszym elementem systemu ZUS.