Gość (37.30.*.*)
Wchodzimy do sklepu po jedną kostkę masła, a wychodzimy z trzema, bo „w wielosztuce taniej”. Przeglądamy aplikacje zakupowe i co chwilę atakują nas powiadomienia o „ostatnich godzinach wyprzedaży”. Choć wydaje nam się, że jesteśmy uodpornieni na te wszystkie marketingowe sztuczki, statystyki i nasze paragony mówią co innego. Promocje wciąż działają, choć ich mechanizmy stają się coraz bardziej wyrafinowane.
Krótka odpowiedź brzmi: tak, i to niezwykle skutecznie. Nasz mózg jest ewolucyjnie zaprogramowany na poszukiwanie okazji. Kiedy widzimy czerwony kolor etykiety lub przekreśloną cenę, w układzie nagrody wydziela się dopamina. To ten sam hormon, który odpowiada za poczucie przyjemności. Odczuwamy satysfakcję z „wygranej” nad systemem, bo udało nam się zdobyć coś taniej niż inni.
Warto jednak zauważyć, że współczesny konsument jest bardziej świadomy. Dzięki unijnej dyrektywie Omnibus, sprzedawcy mają obowiązek podawania najniższej ceny produktu z ostatnich 30 dni. To nieco ostudziło zapał do sztucznego zawyżania cen przed „wielkimi obniżkami”, ale nie zabiło w nas instynktu łowcy okazji. Promocje działają dziś bardziej na zasadzie FOMO (Fear of Missing Out) – boimy się, że jeśli nie kupimy teraz, stracimy szansę na oszczędność.
Mechanizm „wielosztuk” (np. „kup 3, zapłać za 2”) to obecnie jedna z najpopularniejszych strategii w handlu detalicznym. Sklepy nie robią tego z dobroci serca – stoi za tym twarda ekonomia i kilka konkretnych powodów:
W marketingu często stosuje się tzw. kotwiczenie. Sklep wystawia produkt w bardzo wysokiej cenie „regularnej”, która służy jako punkt odniesienia (kotwica). Każda niższa cena, nawet jeśli wciąż jest wysoka, wydaje nam się wtedy niesamowitą okazją.
Niestety, model sprzedaży oparty na wielosztukach ma bezpośredni wpływ na problem marnowania żywności. Statystyki są nieubłagane: w Polsce rocznie marnuje się niemal 5 milionów ton jedzenia, z czego aż 60% wyrzucamy my – konsumenci w naszych domach.
Kiedy kupujemy „na zapas”, bo cena była kusząca, często przeceniamy swoje możliwości konsumpcyjne. Dotyczy to zwłaszcza produktów świeżych: owoców, warzyw, nabiału czy mięsa. Kupujemy dwa opakowania borówek w cenie jednego, ale zapominamy, że psują się one bardzo szybko. W efekcie „oszczędność” jest pozorna – wydajemy pieniądze na produkt, który ostatecznie ląduje w koszu.
Sklepy przerzucają w ten sposób odpowiedzialność za utylizację nadmiaru towaru na klienta. Zamiast wyrzucić przeterminowany serek z półki, sklep woli sprzedać go nam w promocji „2+1”, licząc na to, że to w naszej lodówce straci on ważność.
Bycie świadomym konsumentem nie oznacza całkowitej rezygnacji z promocji. Chodzi o to, by korzystać z nich z głową. Oto kilka prostych zasad:
Promocje to potężne narzędzie, które może pomóc podreperować domowy budżet, ale tylko wtedy, gdy to my kontrolujemy nasze zakupy, a nie kolorowe etykiety kontrolują nas. Warto pamiętać, że najdroższy produkt to ten, którego nie potrzebujemy, nawet jeśli kupiliśmy go za połowę ceny.