Jakie masz pytanie?

lub

Dlaczego lewica przyjmuje postawę antypracodawczą, zapominając, że nadmierne faworyzowanie jednej strony może paradoksalnie jej zaszkodzić? Jakie jeszcze kosztowne dla pracodawców rozwiązania – poza skróceniem czasu pracy przy zachowaniu dotychczasowego wynagrodzenia – proponuje lewica i czy nie spowodują one wzrostu liczby umów cywilnoprawnych oraz B2B, z którymi lewica zamierza walczyć?

koszty zatrudnienia pracowników skutki regulacji rynku pracy wyzwania dla polskich przedsiębiorców
avatar

Gość (37.30.*.*)



Odpowiedź:

Relacje między pracodawcami a pracownikami od lat przypominają przeciąganie liny, w którym lewica tradycyjnie staje po stronie tych drugich. To, co wielu przedsiębiorców postrzega jako postawę „antypracodawczą”, w doktrynie lewicowej nazywane jest dążeniem do równowagi sił. Zrozumienie tego mechanizmu wymaga spojrzenia na gospodarkę nie tylko przez pryzmat arkusza kalkulacyjnego, ale też przez pryzmat kosztów społecznych. Warto jednak zastanowić się, gdzie leży granica, po której ochrona pracownika zaczyna mu realnie zagrażać.

Dlaczego lewica stawia na pracownika?

Z perspektywy lewicowej, relacja pracodawca-pracownik jest z natury asymetryczna. Kapitał (pracodawca) ma zazwyczaj większą siłę przetargową niż jednostka (pracownik), która musi sprzedać swój czas, by przeżyć. Dlatego postulaty lewicy koncentrują się na wzmacnianiu tej słabszej strony poprzez regulacje ustawowe.

Problem pojawia się w momencie, gdy koszty tych regulacji stają się dla firm barierą nie do przejścia. Krytycy zauważają, że nadmierne obciążenie pracodawców może prowadzić do zjawiska, które w ekonomii nazywa się „wypychaniem” pracowników poza bezpieczne ramy kodeksu pracy. Jeśli zatrudnienie na etat staje się zbyt drogie lub ryzykowne, rynek naturalnie szuka ucieczki w formy mniej sformalizowane.

Nie tylko 35-godzinny tydzień pracy

Skrócenie czasu pracy przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia to obecnie najgłośniejszy postulat, ale lista propozycji lewicy, które generują koszty po stronie firm, jest znacznie dłuższa. Oto najważniejsze z nich:

  • Podnoszenie płacy minimalnej: Lewica regularnie opowiada się za dynamicznym wzrostem najniższego wynagrodzenia, argumentując, że praca musi zapewniać godne życie. Dla pracodawcy oznacza to jednak nie tylko wyższy koszt „na rękę”, ale też wyższe składki ZUS i podatki.
  • Pełne ozusowanie wszystkich umów: Postulat likwidacji tzw. umów śmieciowych zakłada, że każda praca – niezależnie od formy kontraktu – powinna być obciążona takimi samymi składkami emerytalnymi i rentowymi.
  • Wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy (PIP): Lewica chce, aby inspektorzy mogli nakazem administracyjnym zmieniać umowy cywilnoprawne w umowy o pracę, jeśli spełniają one znamiona stosunku pracy.
  • Jawność płac: Wprowadzenie obowiązku podawania widełek płacowych w ogłoszeniach oraz większa transparentność wynagrodzeń wewnątrz firm. Choć brzmi to sprawiedliwie, dla wielu firm oznacza konieczność szybkiego wyrównywania płac, co jest potężnym kosztem operacyjnym.
  • Większe uprawnienia związków zawodowych: Ułatwienie zakładania związków i zwiększenie ich wpływu na decyzje w firmie to kolejny punkt, który budzi niepokój pracodawców obawiających się paraliżu decyzyjnego.

Czy to napędzi ucieczkę na B2B i „śmieciówki”?

To jedno z najważniejszych pytań w debacie publicznej. Istnieje uzasadnione ryzyko, że im bardziej restrykcyjne i kosztowne staje się prawo pracy, tym chętniej pracodawcy (a często i sami pracownicy, chcący zarobić więcej „na rękę”) będą uciekać w samozatrudnienie (B2B) lub umowy zlecenia.

Lewica zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jej program jest zazwyczaj „pakietowy”. Nie proponuje tylko przywilejów pracowniczych, ale jednocześnie dąży do uszczelnienia systemu. Narzędziem do walki z ucieczką na B2B ma być wspomniany „test przedsiębiorcy” lub zwiększenie uprawnień PIP.

Jednak historia gospodarcza pokazuje, że rynek jest niezwykle elastyczny. Jeśli koszty pracy etatowej wzrosną drastycznie, małe i średnie firmy mogą po prostu przestać tworzyć nowe miejsca pracy lub zacząć inwestować w automatyzację szybciej, niż pozwala na to ich realny rozwój, co w dłuższej perspektywie może uderzyć w najmniej wykwalifikowanych pracowników.

Paradoks ochrony pracownika

W ekonomii znane jest zjawisko, w którym zbyt silna ochrona zatrudnienia sprawia, że pracodawcy boją się... zatrudniać. Jeśli zwolnienie pracownika, który się nie sprawdza, jest bardzo trudne i kosztowne, proces rekrutacji staje się ekstremalnie rygorystyczny. To z kolei uderza w osoby młode, bez doświadczenia lub te powracające na rynek pracy po przerwie.

Ciekawostką jest fakt, że kraje skandynawskie, często stawiane za wzór przez lewicę, stosują model „flexicurity”. Polega on na łatwym zwalnianiu pracowników (elastyczność dla pracodawcy), ale przy jednoczesnym zapewnieniu im bardzo wysokich zasiłków i systemów przekwalifikowania przez państwo (bezpieczeństwo dla pracownika). Polska lewica częściej skupia się na tym drugim aspekcie, czasem pomijając potrzebę elastyczności, która pozwala firmom przetrwać kryzysy.

Gdzie szukać złotego środka?

Kluczem do uniknięcia negatywnych skutków reform jest dialog. Eksperci wskazują, że radykalne zmiany wprowadzane bez okresów przejściowych i bez uwzględnienia kondycji mikroprzedsiębiorców mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast bezpiecznych etatów, możemy otrzymać rynek podzielony na „uprzywilejowanych” pracowników dużych korporacji oraz armię podwykonawców na B2B, którzy nie mają żadnej ochrony socjalnej.

Wprowadzenie krótszego tygodnia pracy czy wyższych standardów zatrudnienia wymaga więc nie tylko empatii wobec pracowników, ale też rzetelnej analizy tego, ile polska gospodarka jest w stanie udźwignąć w danym momencie, by nie zdusić przedsiębiorczości, która jest przecież źródłem finansowania tych wszystkich postulatów.

Podziel się z innymi: