Gość (37.30.*.*)
Relacje między pracodawcami a pracownikami od lat przypominają przeciąganie liny, w którym lewica tradycyjnie staje po stronie tych drugich. To, co wielu przedsiębiorców postrzega jako postawę „antypracodawczą”, w doktrynie lewicowej nazywane jest dążeniem do równowagi sił. Zrozumienie tego mechanizmu wymaga spojrzenia na gospodarkę nie tylko przez pryzmat arkusza kalkulacyjnego, ale też przez pryzmat kosztów społecznych. Warto jednak zastanowić się, gdzie leży granica, po której ochrona pracownika zaczyna mu realnie zagrażać.
Z perspektywy lewicowej, relacja pracodawca-pracownik jest z natury asymetryczna. Kapitał (pracodawca) ma zazwyczaj większą siłę przetargową niż jednostka (pracownik), która musi sprzedać swój czas, by przeżyć. Dlatego postulaty lewicy koncentrują się na wzmacnianiu tej słabszej strony poprzez regulacje ustawowe.
Problem pojawia się w momencie, gdy koszty tych regulacji stają się dla firm barierą nie do przejścia. Krytycy zauważają, że nadmierne obciążenie pracodawców może prowadzić do zjawiska, które w ekonomii nazywa się „wypychaniem” pracowników poza bezpieczne ramy kodeksu pracy. Jeśli zatrudnienie na etat staje się zbyt drogie lub ryzykowne, rynek naturalnie szuka ucieczki w formy mniej sformalizowane.
Skrócenie czasu pracy przy zachowaniu pełnego wynagrodzenia to obecnie najgłośniejszy postulat, ale lista propozycji lewicy, które generują koszty po stronie firm, jest znacznie dłuższa. Oto najważniejsze z nich:
To jedno z najważniejszych pytań w debacie publicznej. Istnieje uzasadnione ryzyko, że im bardziej restrykcyjne i kosztowne staje się prawo pracy, tym chętniej pracodawcy (a często i sami pracownicy, chcący zarobić więcej „na rękę”) będą uciekać w samozatrudnienie (B2B) lub umowy zlecenia.
Lewica zdaje sobie z tego sprawę, dlatego jej program jest zazwyczaj „pakietowy”. Nie proponuje tylko przywilejów pracowniczych, ale jednocześnie dąży do uszczelnienia systemu. Narzędziem do walki z ucieczką na B2B ma być wspomniany „test przedsiębiorcy” lub zwiększenie uprawnień PIP.
Jednak historia gospodarcza pokazuje, że rynek jest niezwykle elastyczny. Jeśli koszty pracy etatowej wzrosną drastycznie, małe i średnie firmy mogą po prostu przestać tworzyć nowe miejsca pracy lub zacząć inwestować w automatyzację szybciej, niż pozwala na to ich realny rozwój, co w dłuższej perspektywie może uderzyć w najmniej wykwalifikowanych pracowników.
W ekonomii znane jest zjawisko, w którym zbyt silna ochrona zatrudnienia sprawia, że pracodawcy boją się... zatrudniać. Jeśli zwolnienie pracownika, który się nie sprawdza, jest bardzo trudne i kosztowne, proces rekrutacji staje się ekstremalnie rygorystyczny. To z kolei uderza w osoby młode, bez doświadczenia lub te powracające na rynek pracy po przerwie.
Ciekawostką jest fakt, że kraje skandynawskie, często stawiane za wzór przez lewicę, stosują model „flexicurity”. Polega on na łatwym zwalnianiu pracowników (elastyczność dla pracodawcy), ale przy jednoczesnym zapewnieniu im bardzo wysokich zasiłków i systemów przekwalifikowania przez państwo (bezpieczeństwo dla pracownika). Polska lewica częściej skupia się na tym drugim aspekcie, czasem pomijając potrzebę elastyczności, która pozwala firmom przetrwać kryzysy.
Kluczem do uniknięcia negatywnych skutków reform jest dialog. Eksperci wskazują, że radykalne zmiany wprowadzane bez okresów przejściowych i bez uwzględnienia kondycji mikroprzedsiębiorców mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Zamiast bezpiecznych etatów, możemy otrzymać rynek podzielony na „uprzywilejowanych” pracowników dużych korporacji oraz armię podwykonawców na B2B, którzy nie mają żadnej ochrony socjalnej.
Wprowadzenie krótszego tygodnia pracy czy wyższych standardów zatrudnienia wymaga więc nie tylko empatii wobec pracowników, ale też rzetelnej analizy tego, ile polska gospodarka jest w stanie udźwignąć w danym momencie, by nie zdusić przedsiębiorczości, która jest przecież źródłem finansowania tych wszystkich postulatów.