Gość (37.30.*.*)
Dyskusja nad gruntowną reformą systemu podatkowego to temat, który regularnie powraca w kuluarach uniwersytetów ekonomicznych i biur doradztwa strategicznego. Wizja świata, w którym praca i rozwój firm nie są „karane” podatkiem dochodowym, brzmi kusząco, ale diabeł, jak zawsze, tkwi w szczegółach. Ekonomiści patrzą na ten pomysł przez pryzmat efektywności, sprawiedliwości społecznej oraz stabilności budżetu państwa.
Z punktu widzenia ekonomii klasycznej i podażowej, podatki dochodowe (PIT i CIT) tworzą tzw. klin podatkowy, który może zniechęcać do podejmowania pracy, podnoszenia kwalifikacji czy inwestowania w rozwój przedsiębiorstw. Argument jest prosty: jeśli opodatkowujemy coś, czego chcemy mieć więcej (pracę i innowacje), to w efekcie otrzymujemy tego mniej.
Likwidacja tych danin mogłaby – w teorii – uwolnić ogromny potencjał gospodarczy. Firmy miałyby więcej kapitału na inwestycje, a pracownicy widzieliby na kontach pełną kwotę wypracowanego wynagrodzenia brutto. To z kolei mogłoby napędzić konsumpcję i wzrost PKB. Jednak ekonomiści natychmiast stawiają pytanie: skąd wziąć pieniądze na szkoły, drogi i szpitale? Tu pojawia się propozycja przesunięcia ciężaru na inne źródła.
Podniesienie podatku VAT (podatku od konsumpcji) jest często postrzegane przez ekonomistów jako rozwiązanie efektywne, ale kontrowersyjne społecznie. VAT jest trudniejszy do uniknięcia niż podatki dochodowe i generuje stabilne wpływy. Z perspektywy teorii ekonomii, opodatkowanie konsumpcji zamiast dochodu sprzyja oszczędzaniu i inwestowaniu.
Głównym problemem jest jednak tzw. regresywność VAT-u. Osoby uboższe wydają niemal 100% swoich dochodów na bieżące potrzeby, co oznacza, że realnie płacą wyższy procent swoich zarobków w tym podatku niż osoby zamożne, które dużą część pieniędzy odkładają. Ekonomiści ostrzegają, że drastyczne podniesienie VAT-u przy likwidacji PIT-u mogłoby uderzyć w najmniej zarabiających i napędzić inflację.
Zwolennicy takiego modelu, jak np. Thomas Piketty, argumentują, że aby zapobiec nadmiernemu rozwarstwieniu społecznemu, należy opodatkować zakumulowany kapitał, a nie bieżący wysiłek. Podniesienie podatku od spadków i darowizn ma na celu promowanie merytokracji – systemu, w którym pozycja zależy od własnych osiągnięć, a nie od fortuny odziedziczonej po przodkach.
Z kolei wyższy podatek od zysków kapitałowych (w Polsce znany jako podatek Belki) miałby wyrównać szanse między osobami żyjącymi z pracy a tymi żyjącymi z posiadanych aktywów. Ekonomiści wskazują jednak na ryzyko: kapitał jest „płochliwy”. W dobie globalizacji zbyt wysokie opodatkowanie zysków giełdowych czy dywidend może skłonić inwestorów do przeniesienia pieniędzy do krajów o bardziej przyjaznym systemie, co w efekcie osłabi krajową giełdę i gospodarkę.
Warto pamiętać o koncepcji Krzywej Laffera. Mówi ona o tym, że podnoszenie stawek podatkowych zwiększa wpływy do budżetu tylko do pewnego momentu. Po przekroczeniu punktu krytycznego, ludzie zaczynają uciekać do szarej strefy lub przestają podejmować aktywność opodatkowaną, co paradoksalnie zmniejsza dochody państwa. W przypadku bardzo wysokiego VAT-u, mogłoby dojść do rozkwitu handlu „pod stołem”.
Większość ekonomistów zgadza się, że obecne systemy podatkowe są zbyt skomplikowane, ale całkowita zamiana ról podatków dochodowych i majątkowych jest operacją na otwartym sercu gospodarki. Główne obawy dotyczą:
Z drugiej strony, taki ruch mógłby uczynić kraj „rajem dla pracowitych”. Brak PIT-u przyciągnąłby wysokiej klasy specjalistów, a brak CIT-u zachęciłby globalne korporacje do przenoszenia tu swoich siedzib operacyjnych (choć obecnie globalne porozumienia, jak minimalny podatek CIT forsowany przez OECD, mocno to ograniczają).
Współczesna ekonomia coraz częściej skłania się ku uproszczeniu systemów, ale rzadko ku tak radykalnym cięciom. Modele oparte głównie na konsumpcji i majątku istnieją (np. w niektórych krajach Zatoki Perskiej, choć tam budżet ratują surowce), jednak w warunkach europejskich państw opiekuńczych podatki dochodowe pozostają fundamentem.
Większość ekspertów sugeruje raczej ewolucję niż rewolucję: stopniowe obniżanie opodatkowania pracy przy jednoczesnym uszczelnianiu systemu i likwidacji licznych ulg w innych podatkach. Całkowita likwidacja PIT i CIT pozostaje na razie fascynującym eksperymentem myślowym, który pokazuje, jak trudne jest znalezienie idealnej równowagi między stymulowaniem wzrostu a dbaniem o sprawiedliwy podział dóbr.