Gość (37.30.*.*)
Rynek pracy na przestrzeni ostatnich czterech dekad przeszedł gigantyczną metamorfozę. Kiedy zaczynałem swoją drogę zawodową pod koniec lat 80., relacja na linii przełożony-podwładny opierała się na sztywnej hierarchii, a autorytet szefa był niemal nienaruszalny. Dziś, patrząc na to z perspektywy 37 lat doświadczenia w psychologii i rekrutacji, widzę, że to, co niektórzy nazywają „brakiem pokory” milenialsów i pokolenia Z, jest w rzeczywistości głęboką zmianą paradygmatu pracy. Nie chodzi o to, że młodzi ludzie nie rozumieją istoty umowy o pracę, ale o to, że przedefiniowali oni pojęcie szacunku i profesjonalizmu.
W tradycyjnym modelu zarządzania panowało przekonanie, że przelew na konto na koniec miesiąca kupuje nie tylko czas pracownika, ale także jego bezwzględne posłuszeństwo. Pokolenie Z i milenialsi patrzą na to inaczej. Dla nich wynagrodzenie jest ekwiwalentem za dostarczoną wartość, wiedzę i umiejętności, a nie za rezygnację z podmiotowości.
Z moich obserwacji wynika, że młodsze pokolenia doskonale rozumieją, iż pracodawca ma prawo wyznaczać cele i określać ramy ich realizacji. Problem pojawia się jednak w formie przekazu. O ile starsze pokolenia (Baby Boomers czy pokolenie X) przywykły do stylu „polecenie-wykonanie”, o tyle młodzi oczekują partnerstwa. Chcą wiedzieć, dlaczego coś robią i jaki ma to sens. Jeśli menedżer nie potrafi uzasadnić swoich decyzji i opiera się wyłącznie na argumentacji siłowej („rób tak, bo ja tak mówię”), zderza się ze ścianą. To nie jest brak akceptacji hierarchii, lecz brak akceptacji autorytaryzmu, który nie jest poparty merytoryką.
Często słyszę zarzut, że młodzi ludzie „nadużywają” słowa mobbing. Jako psycholog muszę zaznaczyć, że granica między twardym zarządzaniem a mobbingiem jest w polskim prawie i psychologii pracy jasno określona, choć w praktyce bywa płynna. To, co dla 50-latka jest „dynamicznym środowiskiem pracy” i „ostrym feedbackiem”, dla 20-latka może być naruszeniem jego dobrostanu psychicznego.
Dlaczego tak się dzieje?
Z perspektywy psychologii pracy mamy tu do czynienia z konfliktem wartości. Starsze pokolenia cenią lojalność, wytrwałość i hierarchię. Młodsze – autentyczność, elastyczność i dobrostan. Kiedy szef z 30-letnim stażem wydaje polecenie w sposób suchy i autorytarny, on sam uważa, że po prostu „zarządza”. Pracownik z pokolenia Z może to jednak odebrać jako brak szacunku do jego autonomii.
Warto też zauważyć ciekawostkę: badania nad neurobiologią stresu pokazują, że mózgi osób wychowanych w erze cyfrowej i szybkich informacji mogą inaczej przetwarzać sygnały o zagrożeniu społecznym. To, co dla kogoś przyzwyczajonego do „szkoły przetrwania” lat 90. jest tylko „szumem”, dla osoby wrażliwej na relacje międzyludzkie może aktywować silną reakcję stresową.
Zamiast oceniać, czy młodzi są „zbyt delikatni”, warto jako specjaliści HR i menedżerowie postawić na edukację obu stron. Skuteczne zarządzanie dzisiaj wymaga od liderów wysokiej inteligencji emocjonalnej.
Moja 37-letnia praktyka nauczyła mnie jednego: każda kolejna generacja wchodząca na rynek pracy była oskarżana o bycie „gorszą”, „roszczeniową” czy „leniwą”. Tymczasem to właśnie te zmiany wymuszają na organizacjach ewolucję w stronę bardziej ludzkiego, efektywnego i zdrowszego modelu pracy. To, co dziś nazywamy „przewrażliwieniem”, za 10 lat może być standardem profesjonalizmu, z którego wszyscy będziemy korzystać.