Gość (37.30.*.*)
Wielki Kryzys, który rozpoczął się od krachu na Wall Street w 1929 roku, kojarzy nam się głównie z kolejkami po darmową zupę, masowym bezrobociem i bankructwami. Jednak historia gospodarcza uczy nas, że każdy potężny wstrząs na rynkach finansowych jest jednocześnie gigantycznym transferem kapitału. Podczas gdy miliony ludzi traciły oszczędności życia, garstka sprytnych, bezwzględnych lub po prostu mających szczęście inwestorów budowała fortuny, które przetrwały pokolenia.
Jeśli mielibyśmy wskazać jedną osobę, która stała się symbolem zarabiania na spadkach, byłby to Jesse Livermore. Ten legendarny spekulant, znany jako „Wielki Niedźwiedź z Wall Street”, już we wrześniu 1929 roku przeczuwał nadchodzącą katastrofę. Podczas gdy inni wciąż kupowali akcje, wierząc w wieczną hossę, Livermore zaczął grać na ich spadek (stosując tzw. krótką sprzedaż).
Kiedy nadszedł „Czarny Wtorek”, a giełda runęła, Livermore w ciągu zaledwie kilku dni zarobił około 100 milionów dolarów. W przeliczeniu na dzisiejszą wartość pieniądza byłoby to kilka miliardów dolarów. Legenda głosi, że gdy wrócił do domu, jego żona, przerażona doniesieniami o samobójstwach bankierów, płakała, myśląc, że są zrujnowani. Livermore spokojnie odpowiedział, że właśnie zaliczył swój najlepszy dzień w karierze.
Ojciec przyszłego prezydenta USA, Johna F. Kennedy’ego, był kolejnym wielkim wygranym lat 30. Jego sukces nie opierał się jednak na jednej spektakularnej transakcji, ale na doskonałym wyczuciu czasu. Joseph Kennedy wycofał większość swoich pieniędzy z giełdy tuż przed krachem.
Istnieje popularna anegdota, według której Kennedy zdecydował się na sprzedaż akcji, gdy pucybut zaczął dawać mu rady inwestycyjne. Uznał wtedy, że skoro o giełdzie wiedzą już wszyscy, rynek jest skrajnie przegrzany. Po krachu dysponował ogromną gotówką, co pozwoliło mu kupować nieruchomości i udziały w firmach za ułamek ich realnej wartości. Dodatkowo, przewidując koniec prohibicji, zainwestował w import alkoholu, co po 1933 roku przyniosło mu kolejne miliony.
Floyd Odlum to postać mniej znana niż Kennedy czy Livermore, ale jego strategia była podręcznikowym przykładem wykorzystania kryzysu. Odlum zarządzał funduszem inwestycyjnym Atlas Corp. Tuż przed krachem, podobnie jak Kennedy, sprzedał akcje i trzymał gotówkę.
Kiedy ceny spadły na dno, Odlum zaczął masowo skupować podupadające firmy inwestycyjne, których wartość rynkowa była niższa niż wartość posiadanej przez nie gotówki i aktywów. W ten sposób przejmował kontrolę nad ogromnym kapitałem za bezcen. Dzięki temu w samym środku Wielkiego Kryzysu jego Atlas Corp. stał się jedną z najpotężniejszych firm inwestycyjnych na świecie.
Nie tylko jednostki, ale całe branże potrafiły odnaleźć się w trudnej rzeczywistości lat 30. Co ciekawe, niektóre z nich radziły sobie lepiej niż w czasach prosperity.
Warto wspomnieć, że w czasach deflacji (z którą mieliśmy do czynienia w latach 30.) ogromnie zyskali posiadacze gotówki i obligacji o stałym oprocentowaniu. Ponieważ ceny towarów i usług spadały, siła nabywcza każdego dolara rosła. Zyskało również złoto, szczególnie po tym, jak w 1934 roku prezydent Roosevelt podniósł jego oficjalną cenę z 20,67 USD do 35 USD za uncję, co było de facto dewaluacją dolara mającą na celu ratowanie gospodarki.
Z perspektywy czasu wydaje się, że sygnały były jasne: ogromne zadłużenie, bańka spekulacyjna i nadprodukcja. Jednak w 1929 roku większość ekonomistów twierdziła, że gospodarka weszła na „trwale wysoki płaskowyż”. Ci, którzy zarobili, niekoniecznie byli mądrzejsi od reszty – często po prostu mieli odwagę iść pod prąd i nie ulegać owczemu pędowi, który pchał tłumy na giełdę w pogoni za łatwym zyskiem.
Wielki Kryzys pokazał brutalną prawdę o rynkach: pieniądze nie znikają w próżni, one jedynie zmieniają właściciela. Dla jednych lata 30. były końcem świata, dla innych – jak Kennedy czy Odlum – stały się fundamentem potężnych imperiów finansowych.