Gość (37.30.*.*)
Wybór odpowiedniego źródła energii to dzisiaj nie tylko kwestia ekologii, ale przede wszystkim twardej ekonomii i bezpieczeństwa. Często słyszymy, że słońce i wiatr to najtańszy prąd, ale zaraz potem pojawiają się głosy ostrzegające przed ciemnością, gdy przestanie wiać. Prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś pośrodku, choć nowoczesna technologia coraz skuteczniej przechyla szalę na korzyść odnawialnych źródeł energii (OZE).
Kiedy eksperci mówią o kosztach energii, najczęściej posługują się wskaźnikiem LCOE (Levelized Cost of Energy). Pozwala on obliczyć całkowity koszt wytworzenia jednej megawatogodziny (MWh) energii w całym cyklu życia elektrowni – od budowy, przez eksploatację, aż po rozbiórkę.
Z raportów takich organizacji jak Międzynarodowa Agencja Energetyki Odnawialnej (IRENA) wynika jasno: lądowa energetyka wiatrowa i fotowoltaika są obecnie najtańszymi nowymi źródłami energii w większości miejsc na świecie. Dlaczego? Ponieważ w ich przypadku „paliwo” (wiatr i słońce) jest darmowe. W przeciwieństwie do elektrowni węglowych czy gazowych, gdzie koszt produkcji prądu jest ściśle powiązany z cenami surowców na giełdach, OZE oferują stabilność kosztów operacyjnych. Raz postawiona farma wiatrowa produkuje prąd niemal bezkosztowo przez 20-25 lat.
Ostatnie lata pokazały, jak drastycznie mogą wzrosnąć ceny energii, gdy opieramy się na paliwach kopalnych sprowadzanych z zagranicy. Skoki cen gazu czy węgla natychmiast przekładają się na rachunki odbiorców końcowych. Inwestycje w OZE działają tutaj jak polisa ubezpieczeniowa. Im większy udział energii ze słońca i wiatru w miksie energetycznym, tym mniej krajowa gospodarka jest podatna na geopolityczne zawirowania i spekulacje na rynkach surowców.
Warto jednak pamiętać o jednym „ale”. Choć sam prąd z OZE jest tani, to modernizacja sieci przesyłowych, aby mogły one przyjąć tę energię, generuje dodatkowe koszty, które również znajdują odzwierciedlenie w naszych rachunkach (np. w opłacie dystrybucyjnej).
To najczęstszy argument przeciwników zielonej transformacji. „Co zrobimy, gdy nie będzie wiało i świeciło?” – to pytanie o tzw. stabilność systemu. Zjawisko to w branży nazywa się intermisyjnością. Faktem jest, że OZE są kapryśne, ale współczesna inżynieria ma na to kilka odpowiedzi, które sprawiają, że wizja masowych blackoutów jest mało prawdopodobna.
Aby uniknąć przerw w dostawie prądu, nadmiar energii wyprodukowanej w słoneczne południe musi zostać zachowany na wieczór. Obecnie stosuje się kilka rozwiązań:
System energetyczny przyszłości nie polega tylko na produkcji, ale też na zarządzaniu popytem. Dzięki technologii Smart Grid urządzenia domowe czy przemysłowe mogą automatycznie ograniczać pobór mocy w momentach szczytowego obciążenia sieci lub zwiększać go, gdy prądu z OZE jest pod dostatkiem (i jest on wtedy najtańszy).
Współczesne systemy energetyczne są projektowane z ogromnym marginesem bezpieczeństwa. Nawet kraje o bardzo wysokim udziale OZE, jak Dania czy Niemcy, nie borykają się z częstszymi blackoutami niż kraje oparte na węglu. Kluczem jest dywersyfikacja. Stabilność zapewniają tzw. źródła sterowalne, które można włączyć w każdej chwili: elektrownie atomowe, biogazownie czy wspomniane wcześniej magazyny energii.
Zależność od pogody jest wyzwaniem logistycznym i technicznym, a nie barierą nie do przejścia. Ryzyko blackoutu wynika zazwyczaj nie z braku słońca, ale ze starej, niewydolnej infrastruktury sieciowej, która nie nadąża za zmianami w sposobie produkcji energii.
Czy wiesz, że przy bardzo dużej produkcji z wiatru i słońca, a niskim zapotrzebowaniu, ceny energii na giełdach mogą spaść poniżej zera? Oznacza to, że producenci dopłacają odbiorcom za to, że ci zużyją prąd. To idealny moment dla dużych zakładów przemysłowych lub właścicieli magazynów energii, aby „naładować się” za darmo lub nawet z zyskiem. To zjawisko pokazuje, jak ogromny potencjał drzemie w OZE, o ile tylko nauczymy się efektywnie zarządzać tymi nadwyżkami.