Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie tak restrykcyjnego systemu podatkowego byłoby prawdziwym trzęsieniem ziemi dla koszyków zakupowych Polaków. Kiedy ceny podstawowych produktów, takich jak mięso, wędliny czy nawet sól, nagle wzrastają o ponad jedną trzecią, mechanizmy ekonomiczne zaczynają działać niemal natychmiastowo. Historia ekonomii i liczne badania nad tzw. podatkami od grzechu (sin taxes) pozwalają nam przewidzieć, jak zachowaliby się konsumenci w obliczu tak drastycznych zmian.
Kluczowym pojęciem jest tutaj cenowa elastyczność popytu. Określa ona, o ile spadnie spożycie danego produktu, jeśli jego cena wzrośnie o 1%. W przypadku mięsa i produktów odzwierzęcych wskaźnik ten jest zazwyczaj wysoki, co oznacza, że konsumenci są bardzo wrażliwi na zmiany cen.
Przy 35-procentowym podatku na mięso i produkty mięsne, realna cena w sklepie mogłaby wzrosnąć nawet o 40-45% (uwzględniając marże handlowe). Zgodnie z modelami ekonomicznymi, tak gwałtowny skok cen mógłby doprowadzić do spadku konsumpcji mięsa o 20-30% w krótkim terminie. Ludzie nie przestaliby jeść mięsa całkowicie, ale zaczęliby traktować je jako produkt luksusowy, pojawiający się na stole raz lub dwa razy w tygodniu, a nie codziennie.
Wpływ takiego podatku nie byłby równomierny we wszystkich grupach społecznych. Największą zmianę zaobserwowalibyśmy u:
Można przypuszczać, że łącznie ponad 50-60% konsumentów odczułoby realną potrzebę modyfikacji swojego jadłospisu. Bogatsza część społeczeństwa prawdopodobnie utrzymałaby swoje nawyki, traktując wyższe ceny jako akceptowalny koszt stylu życia.
Podatek w wysokości 35% na cukier, olej palmowy i mięso stworzyłby potężną lukę rynkową. Konsumenci zaczęliby szukać zamienników, które nie są objęte tak wysoką daniną. Skoro owoce i warzywa pozostałyby tanie, a produkty pochodzenia zwierzęcego (nabiał, jaja) byłyby obciążone "tylko" 10-procentowym podatkiem, nastąpiłoby masowe przesunięcie w stronę diety roślinnej i wegetariańskiej.
Ciekawym zjawiskiem byłaby rezygnacja z oleju palmowego i kokosowego na rzecz rodzimego oleju rzepakowego czy słonecznikowego. Z kolei opodatkowanie soli i stevii (często uważanej za zdrowy zamiennik cukru) mogłoby być dla konsumentów najbardziej dezorientujące. Ograniczenie soli jest korzystne dla zdrowia, ale opodatkowanie słodzików takich jak stevia mogłoby paradoksalnie utrudnić walkę z otyłością osobom, które szukają alternatyw dla sacharozy.
W 2011 roku Dania wprowadziła tzw. podatek tłuszczowy (fat tax) na produkty zawierające powyżej 2,3% nasyconych kwasów tłuszczowych. Podatek przetrwał tylko 15 miesięcy. Choć spożycie tłuszczów nasyconych spadło o około 10-15%, Duńczycy zaczęli masowo robić zakupy w Niemczech i Szwecji, co uderzyło w lokalną gospodarkę. To pokazuje, że lokalne podatki przy otwartych granicach mogą mieć nieoczekiwane skutki uboczne.
Tak skonstruowany system podatkowy wymusiłby na producentach żywności masową reformulację produktów. Aby uniknąć 35-procentowej karnej stawki, firmy starałyby się zejść poniżej progu 10 g cukru na 100 g produktu.
W perspektywie dekady mogłoby to doprowadzić do:
Nie mogę precyzyjnie zweryfikować, ilu dokładnie Polaków zmieniłoby dietę, ponieważ zależy to od wielu czynników psychologicznych i kulturowych, do których nie mam pełnego wglądu w czasie rzeczywistym. Jednak opierając się na danych z krajów, które wprowadziły podatek cukrowy (np. Meksyk, Wielka Brytania), można szacować, że:
Wprowadzenie tak wysokich stawek (35%) to scenariusz ekstremalny, który z pewnością wywołałby nie tylko zmiany na talerzach, ale i ogromne napięcia społeczne oraz rozwój "czarnego rynku" na produkty objęte wysoką daniną.